703 Obserwatorzy
102 Obserwuję
literatkakawy

Literatka kawy.

Proza, poezja, architektura. Wrażenia z ostatnio przeczytanych książek, garść informacji z rynku wydawniczego oraz okazyjne wynurzenia literaturą inspirowane.

Teraz czytam

Bodo wsrod gwiazd
Anna Mieszkowska
Modernizmy. Architektura nowoczesności w II Rzeczypospolitej Tom 2. Katowice i województwo śląskie
Andrzej Szczerski, Zbigniew Kadłubek
Przeczytane:: 73/366 stron
Plantageneci. Waleczni królowie, twórcy Anglii
Dan Jones
Przeczytane:: 32/640 stron
Grobowiec Lenina
David Remnick
Przeczytane:: 84/580 stron

Małe lisy

 

Justyna Bargielska

Czarne, 2013

 

Poeci czasami piszą prozę. Zdarza się, że jakiś śmiałek decyduje się odstąpić na moment od świata pisanego wierszem i spróbować swoich sił w bardziej rentownej formie krótkich form, tudzież obszernych powieści. Po dziełach takiego osobnika nie można spodziewać się ani zawrotnej fabuły wypełnionej zaskakującymi zwrotami akcji, ani lepkiego od cukru romansidła. Poeta w przebraniu prozaika będzie kusił odbiorcę wykwintnym i świadomie użytym językiem, z całą feerią stylistycznych myków oraz celnymi obserwacjami, niekoniecznie wypowiedzianymi wprost. Poeta to nie Hollywood, tylko kino europejskie.

 

Jedna z bardziej znanych współczesnych poetek, Justyna Bargielska, również znudziła się formą wiersza. W 2010 roku ukazała się jej debiutancka proza, niepozorne Obsoletki. Ten malutki tomik sprawił jednak, że Bargielska udowodniła wszystkim, że proza leży jej tak samo dobrze, jak wiersz. Stała się laureatką Nagrody Literackiej Gdynia, finalistką Nike i zyskała nominację do Paszportu Polityki. Udało się.

 

Po kilku latach przerwy autorka postanowiła zaryzykować i wydać kolejną prozę. Na początku 2013 roku nakładem wydawnictwa Czarne ukazały się Małe lisy. To ponownie niepozorna, licząca zaledwie 107 stron, opowieść o dwóch kobietach, wygadanej singielce i popadającej w stany depresyjne matki z dwójką dzieci. Ich historie, chociaż prowadzone w oddzielnych, następujących po sobie rozdziałach, zazębiają się. Nie dość, że panie mieszkają w jednym bloku w bliżej nieokreślonym punkcie Warszawy, to jeszcze sypiają z tym samym mężczyzną. Serce tych dwóch kobiet (choć ciężko tutaj mówić o prawdziwej miłości, w tych relacjach dominuje raczej aspekt wyłącznie fizyczny) podbił tajemniczy Pajda, owiany legendami nożownik z pobliskiego lasu. Mówi się, że gwałci, choć nie do końca wiadomo, czy używa do tego siły, czy wyłącznie swojego uroku osobistego. Zbyt dużo się o nim jednak nie dowiemy, jest to postać milcząca, którą zalewają potokiem słów nasze bohaterki.

 

Zarówno Agnieszka, jak i Magda mówią dużo. Opowiadają o swoich straconych szansach, o bolączkach, czasem i o radościach. Jedna żyje z traumą po śmierci narzeczonego, druga wciąż nie odnajduje się w roli matki. Są bezradne, trwają zakleszczone w swoim życiu, z którym nie potrafią nic zrobić. W tej całej swojej paplaninie obie bohaterki są jednak niezwykle urokliwe. Bargielska wkłada w ich usta wypowiedzi lekkie jak piórko, nieco naiwne, czasami ironiczne, trącące niekiedy absurdem. Choć właściwie trudno mówić tutaj o konkretnych wypowiedziach, to raczej przelany na papier wyciąg z myśli bohaterek, ich strumień świadomości, który zamiast przeprowadzić spokojnie historię z punktu A do B, wiedziony skojarzeniami skręca w odnogi C, D i E. Powracają wspomnienia, kolejne miejsca, postaci, zdarzenia. W Małych lisach bowiem mało jest wartkiej akcji, to raczej swobodnie rozlewająca się opowieść o kobietach.

 

Nie można bowiem ukryć, że to właśnie pierwiastek żeński odgrywa w najnowszej prozie Bargielskiej główną rolę. Nie dość, że rdzeniem opowieści są dwie przedstawicielki płci pięknej, to jeszcze w ich historiach pojawiają się cytaty z życia ich znajomych, czy koleżanek. Również adresatem tego tekstu ma być kobieta, Agnieszka w swoich wypowiedziach wprost zwraca się do ‘dziewczynek’. Mężczyzn w tym tekście jest jak na lekarstwo, są przeważnie nieobecni. Albo zaginęli, albo już na zawsze pożegnali się z tym światem. A jeśli nawet są obecni, to ich egzystencja nie wróży nic dobrego. Nawet Pajda z całą swoją nieokiełznaną (jak na prawdziwego gangstera przystało) męskością nie jest zbyt wylewny.

 

Nie można również zapomnieć o świetnym języku Małych lisów. Lekki i dowcipny, pełen niespodziewanych porównań i metafor, powstały z przemieszania liryki i fraz słyszanych na ulicy. To właśnie on napędza całą historię i sprawia, że jej lektura zamienia się w nader przyjemne doświadczenie (zwłaszcza intelektualne). Bo chociaż kobiety te mają problemy, to jednak próżno szukać tutaj dramatyzmu, nikt nie wylewa łez, nikt nie rwie włosów z głowy. Czytając ten tekst szybciej się uśmiechniemy, niż poczujemy litość nad bohaterkami.

 

Nie wiem, jak Małe lisy wypadają w porównaniu z Obsoletkami, ale jestem pewna, że wolę Bargielską kuszącą nożownikiem w prozie, niż wysyłającą maile w poezji.