703 Obserwatorzy
102 Obserwuję
literatkakawy

Literatka kawy.

Proza, poezja, architektura. Wrażenia z ostatnio przeczytanych książek, garść informacji z rynku wydawniczego oraz okazyjne wynurzenia literaturą inspirowane.

Teraz czytam

Bodo wsrod gwiazd
Anna Mieszkowska
Modernizmy. Architektura nowoczesności w II Rzeczypospolitej Tom 2. Katowice i województwo śląskie
Andrzej Szczerski, Zbigniew Kadłubek
Przeczytane:: 73/366 stron
Plantageneci. Waleczni królowie, twórcy Anglii
Dan Jones
Przeczytane:: 32/640 stron
Grobowiec Lenina
David Remnick
Przeczytane:: 84/580 stron

Gościnność słowa. Szkice o przekładzie literackim.

 

Jerzy Jarniewicz

Znak, 2012

 

Na początek małe zadanie:

Przypomnijcie sobie ostatnią przeczytaną książkę zagraniczną. Przywołajcie jej tytuł oraz autora. Nie jest to trudne, prawda? Pamiętacie jej okładkę, bez problemu przypomnicie sobie jej treść, być może wciąż pamiętacie imiona bohaterów. A czy pamiętacie, kim była osoba, która dokonała jej przekładu? Lub może inaczej: czy w ogóle zwróciliście wagę na to, kto jest jej tłumaczem? Nie? No właśnie.

 

Życie tłumacza nie jest usłane różami. Niewielu czytelników zdaje sobie sprawę z tego, że autorem danego dzieła literatury powszechniej nie jest wyłącznie osoba wypisana dużymi literami na okładce, ale również i ten osobnik, którego imię i nazwisko zostało ukryte wewnątrz książki, w miejscu, na które praktycznie nikt nie zwraca uwagi. Tak naprawdę to, co czytamy, poszczególne słowa, całe zwroty i pojęcia, wyszły w przyswojonej przez nas formie nie spod pióra autora, ale są właśnie dziełem tłumacza. Czasem bardziej wiernym oryginałowi, czasem mniej. Chwaląc kunszt danego tekstu nie wiadomo, czyje umiejętności językowe tak naprawdę doceniamy - autora, czy może tłumacza? I w drugą stronę: jeśli książka jest napisana topornym językiem, to czy zawinił faktyczne autor danego gniota, czy może powinniśmy zrzucić odpowiedzialność na mało uzdolnionego autora przekładu?

 

Nic dziwnego, że tłumacze mają już dość bycia niewidzialnymi i chcą wreszcie wyjść z cienia autora i pokazać wszystkim, jaką ciężką pracę muszą wykonać, by polski czytelnik mógł zapoznać się z nowościami oraz arcydziełami literatury światowej. Jeden z nich, Jerzy Jarniewicz, tłumacz takich autorów jak Philip Roth czy John Banville, zdecydował się wydać książkę poświęconą w całości warsztatowi tłumacza literackiego. Zbiór esejów Gościnność słowa. Szkice o przekładzie literackim, wprowadza nieświadomego czytelnika w arkana pracy tłumacza pokazując mu, że dobry przekład nie polega na wiernym oddawaniu znaczenia obcych słów, ale wykracza znacznie poza ten utrwalony w społeczeństwie mit.

 

Zacznijmy od tego, że praca tłumacza to droga pełna dylematów. Pierwszy z nich pojawia się już na starcie. Choć nie do końca zdajemy sobie sprawę, wielokrotnie właśnie to tłumacz decyduje się wprowadzić dany tytuł na rynek polski. Tak właśnie było z Giaurem Lorda Byrona, którego na naszą polską ziemię sprowadził Adam Mickiewicz. Jego decyzja okazała się strzałem w dziesiątkę, nie dość, że ten skromny dramat widnieje po dziś dzień na liście lektur szkolnych i dał naszej literaturze "bohatera bajronicznego", to jeszcze sprawił, że ów angielski poeta i dramaturg zyskał większą popularność w nadwiślańskim kraju, niż na rodzimych Wyspach. Bywają jednak i decyzje nietrafione, wystarczy spojrzeć na liczbę książek zalegających na półkach w księgarniach, które z bliżej nieznanych przyczyn nie mogą przyjąć się wśród polskich czytelników.

 

Dalej nie jest łatwiej, tłumacz przystępując do pracy musi dokonać wielu innych, kluczowych wyborów. Czy decydować się na zachowane egzotycznego brzmienia tekstu, czy może spolszczać wszystkie oznaki zdradzające, że dany utwór niewiele ma wspólnego z Polską? (Spójrzcie na stare przekłady tekstów, w których tłumacze z uporem maniaka spolszczali nawet angielskie imiona) A co począć z obco brzmiącym tytułem? Zostawić w oryginalnym brzmieniu, przetłumaczyć, a może wymyślić swój własny? (Pamiętacie "Wirujący seks"?) Pozostać wiernym stylowi autora, czy może poświęcić nieco więcej wysiłku i spróbować nieco pobawić się z tekstem?

 

To ostatnie pytanie staje się kluczowe w przypadku tłumaczenia poezji. Tutaj dosłowne tłumaczenie może wielokrotnie doprowadzić do katastrofy, w końcu w tym przypadku styl poety plasuje się na równi z treścią jego dzieła. Co gorsza, rzadko kiedy można oddać obie te wartości i często trzeba dokonać drastycznego wyboru i poświęcić dokładność słów kosztem zachowania rytmu i wszelkich ozdobników stylistycznych (lub na odwrót - to już zależy wyłącznie od tłumacza).

 

A skoro jesteśmy przy poezji, to w trakcie dokonywania przekładu tłumacz musi zmierzyć się z problemem nieobcym wszystkim innym czytelnikom: "Co autor miał na myśli?". W przypadku tłumaczenia właściwa interpretacja utworu ma jednak znacznie większe znaczenie, w końcu w wyniku niedopatrzenia można pozbawić tekst jakiegoś ukrytego, a niezmiernie ważnego dla wymowy dzieła detalu. Jak bez problemu wyłowić wszelkie ukryte podteksty, których nośnikiem nie są jedynie wyrazy, ale równie często i styl?

 

Te problemy to tylko wierzchołek góry trudności, jakim musi sprostać tłumacz. Jerzy Jarniewicz w swoich esejach pochyla się nad każdym z nich. Wyłuszcza je czytelnikowi, popiera konkretnym przykładem i omawia. Poświęca również całe rozdziały na omówienie konkretnych przykładów tłumaczeń znanych testów, opowiada o karkołomnej próbie przetłumaczenia Trenów Jana Kochanowskiego, czy innowacyjnym przekładzie Transatlantyku Witolda Gombrowicza. Znajdziemy również słowo o "kreatywnym" tłumaczeniu Kubusia Puchatka Ireny Tuwim oraz osobiste refleksje autora na temat jego autorskiego przekładu Portretu artysty w wieku młodzieńczym Joyce’a. W swoich tekstach wielokrotnie poddaje krytyce tłumaczenia swoich kolegów (swoja drogą, to krok dość ryzykowny), proponuje inne rozwiązania, chociaż niczego nie narzuca. W końcu nie istnieje jedyne, właściwe tłumaczenie, nie istnieje jedno rozwiązanie bolączek tłumacza. Trzeba próbować.

 

Jerzy Jarniewicz w eseju otwierającym zbiór nawołuje tłumaczy do wyjścia z wnętrza książek na okładki, postulując równość autora i translatora. Choć w pierwszej chwili może tak śmiałe stwierdzenie razić czytelnika, to sądzę, że po lekturze Gościnności słowa nikt już nie będzie miał wątpliwości, że ma on rację. Całe szczęście sytuacja powoli zaczyna się zmieniać. Stopniowo ich nazwiska zaczynają pojawiać się na okładkach (choć póki co ogranicza się to w dużej mierze do poezji), zostają również nagradzani. Od ponad 20 lat trud tłumaczy docenia czasopismo "Literatura na świecie" (którego zespół współtworzy nota bene również Jarniewicz) wręczając tym najlepszym swoje własne nagrody. Od tego roku pracę tłumaczy zastają nagrodzone również Nagrodą Literacką Gdynia (w której kapitule zasiada Jarniewicz oraz wielu innych tłumaczy). Jest nadzieja. Być może kiedyś wreszcie dojdziemy do tego momentu, w którym będziemy w stanie oprócz nazwiska autora bez problemu wymienić również nazwisko tłumacza danego dzieła. Myślę, że książka Jarniewicza nam w tym zdecydowanie pomoże.