703 Obserwatorzy
102 Obserwuję
literatkakawy

Literatka kawy.

Proza, poezja, architektura. Wrażenia z ostatnio przeczytanych książek, garść informacji z rynku wydawniczego oraz okazyjne wynurzenia literaturą inspirowane.

Teraz czytam

Bodo wsrod gwiazd
Anna Mieszkowska
Modernizmy. Architektura nowoczesności w II Rzeczypospolitej Tom 2. Katowice i województwo śląskie
Andrzej Szczerski, Zbigniew Kadłubek
Przeczytane:: 73/366 stron
Plantageneci. Waleczni królowie, twórcy Anglii
Dan Jones
Przeczytane:: 32/640 stron
Grobowiec Lenina
David Remnick
Przeczytane:: 84/580 stron

Jeden

Marcin Świetlicki

EMG, 2013

 

Marcin Świetlicki. Świetliki. Tak, słyszałam, zarówno o tym panu, jak i o jego zespole. Słyszałam, ale nie czytałam. Słuchać próbowałam, ale bez większego powodzenia (melorecytacja to nie jest to, co w muzyce mi odpowiada najbardziej). Zarzuciłam próby przekonania się do twórczości owego poety, aż w zeszłym roku na rynku pojawił się świeżutki tomik o dość enigmatycznym tytule Jeden. Czas ponownie stawić czoła twórczości pana Świetlickiego. Zacząć od jedynki, od nowa.

 

Jeden zaskakuje. Już po lekturze kilku pierwszych wierszy odkrywamy, że najnowszy tomik Świetlickiego to nie zbiór przypadkowych wierszy połączonych jednym, bliżej nieokreślonym tematem (jak to dość często bywa), lecz książka poetycka wyposażona w rozmaite cechy tak charakterystyczne dla formy prozatorskiej. Dość szybko kształtuje się główny bohater, którego chcąc nie chcąc czytelnik podświadomie identyfikuje z autorem. Zaprasza on nas do swojego świata, ukazując jeden rok ze swojego życia. Jak ławo się można domyślić, całość przybiera formę zapisanego wierszem dziennika (czasami wręcz opatrzonego datami), w którym na pierwszy plan wysuwają się nie zdarzenia, lecz uczucia podmiotu lirycznego.

 

Nasza podróż kolejami losu autora rozpoczyna się wiosną, wraz z topniejącym śniegiem (który kilka wierszy dalej ponownie powraca pokrywając białym puchem całą okolicę – ach ta przewrotność i złośliwość naszego klimatu). Bohater (przyjmijmy, że jest nim sam Świetlicki) znajduje się w nie najlepszej formie, mianowicie doskwiera mu samotność. I chociaż w trakcie podróży przez kolejne stronice tomiku wyłania się pewna kobieta (kto wie, może nawet kilka kobiet), to jednak uczucie to uparcie powraca niczym odrzucony z niechęcią bumerang. Tytuł całości może więc nawiązywać do bohatera, który pomimo wciąż przewijających się wokół niego postaci, tak naprawdę pozostaje sam.

 

Dwadzieścia pięć ostatnich lat

Mieszkałem z kobietami,

A teraz mieszkam całkiem sam

Na Kazimierzu. Nie Żyd,

w pożydowskim mieszkaniu.

(„Niedziela?”)

 

Chociaż samotność stanowi podstawę wielu pojawiających się tutaj utworów, to jednak nie jest jedynym tematem owego zbioru. Autor dzieli się również refleksją dotyczącą przeprowadzki z centrum Krakowa na Kazimierz. Tutaj napotykamy kolejny trop wiodący nas w kierunku rozwikłania zagadki tytułu, sam Świetlicki wielokrotnie powtarzał w wywiadach, że na drzwiach jego nowego mieszkania widnieje właśnie taka cyfra*. Pojawia się również we Wrocławiu, gdzie przesiaduje w kawiarni Literatka i pragnie, by miasto się z nim kochało. Warto zauważyć, że miasto, obojętnie już jak się nazywa, odgrywa w poezji Świetlickiego dość istotną rolę.

 

Znajdziemy tu również wiersze autotematyczne, w których autor prowadzi ciekawe rozważania na temat poezji. W „Meiselsa, Melancholia” pojawia się następujące stwierdzenie:

… otóż załatwiają wiersze

Większość problemów, dziwię się, że jeszcze

Nie wszyscy piszą, byłoby nam łatwiej,

Drodzy krwiożercy!”

Po czym zamieszczony kilka stronic dalej nieco pesymistyczny wiersz „Zero Jeden” rozpoczyna jakże znamiennym zdaniem „Tego się nie załatwi wierszem”. Natomiast w „Po bandzie” mówi:

Nie lubię wierszy o poezji, nie jest bohaterką

Mojej bajki, ja zaledwie śpię z nią,

Czasami z satysfakcją, lecz bez satysfakcji

Dość często.

 

Nie tylko treści są mocną stroną najnowszego dzieła Świetlickiego, dużo dobrego dzieje się również w warstwie stricte językowej. Autor bawi się słowami oraz ich brzmieniem, podporządkowując swoim eksperymentom nieraz całe utwory. Być może będzie to osąd zbyt pochopny, ale ze swoimi ‘mrózgoczystymi mrózgami” („Chory chłopiec”), ‘oddalą oddanych’ („Od do”), czy fenomenalnym wierszem „Przeprowadzka” („z ło/do bro”) zdaje się on silnie podążać w kierunku stylu Mirona Białoszewskiego. Co więcej, jako muzyk posiada on również szczególną wrażliwość na dźwięk, co oczywiście znajduje odbicie w jego twórczości lirycznej. Powtórzenia, czy pewne zabiegi dźwiękowe sprawiają, że treści w nim zawarte lepiej brzmią czytane na głos.

 

Jeden to zdecydowanie jeden z najciekawszych tomików, które miałam okazję ostatnio przeczytać. Nie porusza, nie szokuje, ale za to zmusza do refleksji a momentami i wywołuje nieśmiały uśmiech na twarzy. Podczas pisania niniejszego tekstu czytałam całość po raz trzeci i już wiem, że nie był to mój ostatni kontakt z tymi wierszami i z całą pewnością będę do nich wracać. Być może nie jest to poezja najwyższej próby, jednak zdecydowanie prezentuje sobą całkiem wysoki poziom. Dzięki formie zbliżonej do dziennika i silnym flircie z formą narracyjną, powinien on przypaść do gustu również tym, którzy boją się arbitralności poezji.

 

*później jednak dodawał, że tak naprawdę tytuł wymyślił jeszcze przed przeprowadzką, więc fakt ten należy sprowadzić do zwykłego zbiegu okoliczności.