703 Obserwatorzy
102 Obserwuję
literatkakawy

Literatka kawy.

Proza, poezja, architektura. Wrażenia z ostatnio przeczytanych książek, garść informacji z rynku wydawniczego oraz okazyjne wynurzenia literaturą inspirowane.

Teraz czytam

Bodo wsrod gwiazd
Anna Mieszkowska
Modernizmy. Architektura nowoczesności w II Rzeczypospolitej Tom 2. Katowice i województwo śląskie
Andrzej Szczerski, Zbigniew Kadłubek
Przeczytane:: 73/366 stron
Plantageneci. Waleczni królowie, twórcy Anglii
Dan Jones
Przeczytane:: 32/640 stron
Grobowiec Lenina
David Remnick
Przeczytane:: 84/580 stron

Morfina

Morfina - Twardoch Szczepan

Szczepan Twardoch

Wydawnictwo Literackie, 2012

 

Czas stawić czoła bodajże jednej z najbardziej rozchwytywanych polskich powieści ostatniego roku. Morfina, kolejna książka w dorobku młodego śląskiego pisarza, w iście ekspresowym tempie zyskała uznanie czytelników różnej maści, wpadła w oko również krytykom literackim. Podobnie jak po tytułową substancję, tak i po powieść sięgali praktycznie wszyscy, przyciągani jej popularnością oraz pewną dozą kontrowersji zawartą nie tylko w tytule, ale również w kuszącym napisie umieszczonym na okładce „Warszawa 1939: kobiety, narkotyki i zdrada”. To musi być coś mocnego.

 

Trzeba przyznać, że jest to powieść dość nietypowa. Zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że opowieści osadzone w czasie II Wojny Światowej utrzymane są w tonacji Kolumbów czy Kamieni na szaniec – dzielni bohaterowie walczą z niemieckim okupantem i gotowi są oddać swoje życie za ojczyznę. Jeżeli ktoś przejawia sympatie pronazistowskie, automatycznie jest likwidowany. Ku chwale ojczyzny. Bohaterowie kochają miłością prawdziwą, mają swoje żony, narzeczone, sympatie, za którymi tęsknią, o które się boją. Jednak życie prywatne jest niczym w obliczu obrony wolności i honoru ojczyzny, tak więc bez sentymentu z podniesioną głową ruszają na front, wprost pod kule karabinów. Są to prawdziwi bohaterowie, wzory do naśladowania. Tak idealni, że aż nierealni.

 

Tymczasem bohater Morfiny prezentuje zupełnie inną postawę. Zacznijmy od korzeni. Konstanty Willemann tak właściwie z prawdziwą polskością ma niewiele wspólnego. Ojciec to niemiecki arystokrata, matka to Ślązaczka, która zdecydowała się zostać Polką. To właśnie ona pragnie zaszczepić w swoim jedynym synu ‘polskość’, całkowicie zanurzając go w polskim środowisku. Jak można się domyślić efekty takiego zabiegu nie są w pełni zadowalające. Kostek jest idealnym przykładem płynnej tożsamości, jest niejako rozdarty pomiędzy swoimi prawdziwymi korzeniami a środowiskiem, w którym się wychował, jednak w żadnym z nich nie czuje się dobrze. Nasz bohater nie cierpi jednak z tego powodu zbyt wielkich rozterek, nie próbuje znaleźć wyjścia z tej niewygodnej sytuacji. On ma po prostu inne, znacznie przyjemniejsze zajęcia.

 

Konstanty to utracjusz i hedonista, któremu daleko do krystalicznego wzoru prawdziwego patrioty. Willemann nie przejmuje się zbytnio losami ojczyzny, jego głowę zaprząta raczej myśl, gdzie zdobyć kolejną buteleczkę ukochanej morfiny. Nie dba on też o wybrankę swojego serca. Chociaż ma żonę i syna, nie stroni on od szukania uciech w gronie panien lekkich obyczajów, ewentualnie w ramionach ukochanej swojego przyjaciela. Dzięki odziedziczonej fortunie może pozwolić sobie na wystawny tryb życia: rajdy samochodowe, bywanie w najlepszych warszawskich kawiarniach, prowadzenie pogawędek z samym Iwaszkiewiczem – oto jak wygląda codzienne życie Konstantego. Oczywiście nadejście wojny nieco komplikuje beztroski żywot poczciwego Kostka, po ulicach okupowanej stolicy snują się patrole wysłanników III Rzeszy, wśród Polaków kwitnie konspiracja, nikomu nie w głowie są już rozrywki. Za namową żony bierze udział w Kampanii Wrześniowej, chociaż tak naprawdę stara się podchodzić z dystansem do całego zamieszania. Można odnieść wrażenie, że pobyt na froncie traktuje jako zabawę, formę przygody, której przyjemność zakłócają jedynie trupy poległych towarzyszy. Ostatecznie po powrocie z przegranej walki zostaje wplątany w działanie konspiracji i, o ironio!, przywdziewając niemiecki mundur zaczyna bronić honoru Polski.

 

Książka z założenia miała zrywać z dotychczasowymi obrazami nieskazitelnych żołnierzy strzegących niepodległości ojczyzny. Pomysł nader odważny, jednak bez obaw – Konstanty nie jest stuprocentowym antybohaterem, to raczej odrobinę rozpieszczona, zagubiona figura z nieokreślonymi  poglądami. Zamiast swoimi czynami odpychać czytelnika, on wzbudza sympatię, zwłaszcza, że pod wpływem działalności konspiracyjnej w osobowości Willemanna ostatecznie zachodzą pewne zmiany. Może nie staje się on wzorem bohaterskiego żołnierza AK, jednak hedonistyczne przyzwyczajenia zaczynają powoli ustępować miejsca nieco szlachetniejszym odruchom. Wygląda na to, że zetknięcie z takim wydarzeniem jakim jest wojna, wywiera wpływ na każdego, bez wyjątku.

 

Powieść ta prezentuje się ciekawie również ze strony stylistycznej. Narracja prowadzona jest w wyjątkowo lekki, żywy sposób, co pewnie jest jednym z głównym powodów, dla którego aż tylu czytelników zdecydowało się sięgnąć po ową książkę. Jednocześnie autorowi udało się wpleść w tekst wiele smaczków stylistycznych, pobawić się warstwą językową. Warto odnotować, że w narracji często niespodziewanie pojawia się drugi, tajemniczy głos kobiecy, narrator wszystko wiedzący, znający przyszłość każdego bohatera. Do kogo należy? No cóż, w tekście nie znajdziemy jednoznacznej odpowiedzi, o to należy się zapytać samego autora.

 

Morfina to książka intrygująca, ciekawa i w pewien sposób zrywająca z dotychczasowymi wzorami. Można ją odebrać jako głos sprzeciwu i domaganie się nadania krystalicznym figurom bohaterów nieco bardziej ludzkiej postaci (bo chyba nikt nie wierzy, że wszyscy walczący byli święci).  Można ją również czytać jako studium osoby borykającej się z problemem tożsamości narodowej, lub jako zwykłą przygodę nieco nieszablonowego obywatela Warszawy – kwestia gustu i potrzeb. Tutaj każdy znajdzie coś dla siebie, co niewątpliwie jest kolejną cechą sprzyjającą jej popularności. Jest to książka dobra… ale mimo wszystko nie wybitna. Daleka jestem od nazwania jej arcydziełem (tak, takie głosy już słyszałam), bo jednak do osiągnięcia takiego pułapu Twardochowi wciąż jeszcze trochę brakuje. Ja określam ją raczej jako ‘ambitne czytadło’, które spodoba się również tym bardziej wymagającym czytelnikom. Kto wie, może ten drugi wariant jest lepszy i wróży lepiej na przyszłość?