703 Obserwatorzy
102 Obserwuję
literatkakawy

Literatka kawy.

Proza, poezja, architektura. Wrażenia z ostatnio przeczytanych książek, garść informacji z rynku wydawniczego oraz okazyjne wynurzenia literaturą inspirowane.

Teraz czytam

Bodo wsrod gwiazd
Anna Mieszkowska
Modernizmy. Architektura nowoczesności w II Rzeczypospolitej Tom 2. Katowice i województwo śląskie
Andrzej Szczerski, Zbigniew Kadłubek
Przeczytane:: 73/366 stron
Plantageneci. Waleczni królowie, twórcy Anglii
Dan Jones
Przeczytane:: 32/640 stron
Grobowiec Lenina
David Remnick
Przeczytane:: 84/580 stron

Kronos

Kronos - Witold Gombrowicz

Witold Gombrowicz

Wydawnictwo Literackie, 2013

 

Kronos. Czy istnieje jeszcze jakaś osoba, która o tej książce nie słyszała? Wątpię. W maju Gombrowicz atakował nas ze wszystkich stron – radio, prasa, telewizja oraz przede wszystkim internet. Już dawno nie słyszałam, żeby o literaturze (i to nie byle jakiej!) mówiło się tak dużo. Kronos, czyli tajny dziennik Gombrowicza, to prawdopodobnie ostatnie nieznane czytelnikowi dzieło tego pisarza, dzieło inne od poprzednich, bo zupełnie pozbawione elementu literackiego. Czytelnicy mają jedyną okazję wejść z butami w życie niedoszłego noblisty i zobaczyć jak rozwijała się jego kariera, ile zarabiał oraz z kim dzielił łoże. Zapowiadało się smacznie, efekt okazał się dla większości czytelników, którzy umieścili Kronos na pierwszym miejscu list bestsellerów, ciężko strawny. Dlaczego?

 

No cóż, ów dziennik ma niewiele wspólnego z formą, do której przyzwyczaiły nas podobne wydania zawierające wspomnienia pisarzy. W tej publikacji nie znajdziemy rozmyślań Gombrowicza na różne tematy (to już zostało wydane w Dzienniku), Kronos składa się tylko i wyłącznie z suchych faktów, pozbawionych zupełnie emocji. Zupełnie tak, jakby ktoś, kogo znam jedynie z widzenia, wręczył mi swój organizer i zachęcił do przeczytania całości. Nie byłaby to zbytnio fascynująca lektura – tak też jest i tutaj. Brniemy przez życie Gombrowicza, co chwilę potykając się o kolejną nazwę nic nam nie mówiącego miejsca, czy tony obcych nazwisk. Całe szczęście, każda informacja została opatrzona przypisem, jednak wędrowanie wzrokiem od tekstu do przypisu bywa na dłuższa metę męczące. Nie jeden czytelnik zrezygnuje i wcale mu się nie dziwię. Wytrwałych jednak czeka nagroda, układ tych zapisków idealnie odzwierciedla przysłowie 'im dalej w las, tym więcej grzybów'. Im dłużej czytamy Gombrowicza, tym okazuje się, ze jego miesięczne sprawozdania stają się dłuższe i pełniejsze. Skąd taka zmiana? Zebrane w tym tomie zapiski obejmują znaczną cześć życia autora, począwszy od roku 1922 (zdana matura), urywając się na kilka miesięcy przed jego śmiercią w 1969 roku. Gombrowicz zapiski zaczął jednak prowadzić dopiero na początku lat 50, a zatem ta pierwsza, trudna i nudna cześć, to rekonstrukcja przeszłości. Nic dziwnego, że jego relacja z lat minionych jest tak zdawkowa, gdyby ktoś mi kazał opisać, co robiłam w marcu 5 lat temu, wątpię, czy byłabym w stanie cokolwiek napisać.

 

Styczeń 1954

 

Z tych prywatnych zapisków możemy dowiedzieć się naprawdę dużo o pisarzu. Może nie są to rzeczy odkrywcze i skandalizujące, jednak można wyłowić z nich kilka smaczków. Obraz artysty, który tworzy jedynie dla chwały i własnej satysfakcji był może prawdziwy w średniowieczu, jednak zupełnie nie ma odzwierciedlenia w czasach współczesnych. Gombrowicz nie jest wyjątkiem, żywo interesuje się odbiorem swoich dzieł, skrupulatnie odnotowuje każdą krytykę. Równocześnie rejestruje kwestie finansowe, zwłaszcza w podsumowaniach rocznych. Sporo miejsca zajmują również uwagi dotyczące stanu zdrowia. Wprost roi się tutaj od wrzodów, problemów z zębami, wątrobą, sercem. Wraz z wiekiem, przypadłości są coraz częstsze i bardziej dokuczliwe. Pisarz przelewa na papier swoje obawy związane kolejno ze starzeniem się, nowotworem i śmiercią. Dużą uwagę Gombrowicz przywiązuje również do erotycznej sfery swojego życia, w której bynajmniej nie może narzekać na nudę. Lista osób, z którymi się spotykał może przyprawić o zawrót głowy, zwłaszcza, że nie był wybredny w kwestii płci partnera. Może życie Gombrowicza do najwygodniejszych nie należało, jednak było z pewnością kolorowe.

 

Kronosu nie należy oceniać pod względem tekstowym. Nie jest to dzieło literackie, było pisane na własny użytek. Tutaj oczywiście pojawia się gro ludzi krzyczących, że skoro tekst ten jest prywatny, to nie powinien być wydawany. To oczywiście prawda, należy uszanować prywatność autora. Jednak prawo autorskie z czasem wygasają, a znają życie, to tekst ten prędzej czy później i tak ujrzałby światło dzienne. Ricie Gombrowicz zależało na tym, by książka ta została wydana jeszcze za jej życia, co absolutnie mnie nie dziwi. Inną sprawą jest kwestia, czy Gombrowicz faktycznie pisał ten dziennik dla siebie, czy nie chciał go opublikować. Faktem jest, że przywiązywał do niego dużą wagę (kazał Ricie ratować Kronos w razie pożaru), jednak ostateczne intencje pozostają wciąż nieodgadnięte.

 

Skoro nie możemy książki ocenić za jej treść, musimy spojrzeć na okładkę.Wydawca zdecydował się wydać całość w niemal oryginalnej formie, bez zbędnego upiększania zdawkowego tekstu, co się oczywiście chwali. Zamiast tego wprowadził ogromną ilość wspomnianych już wcześniej przypisów. Na pochwałę zasługuje rownież sposób, w jaki ta książka została wydana. Solidny papier, ładny krój czcionki, duże marginesy – wszystko to zdecydowanie ułatwia nam czytanie. A żeby było jeszcze milej, całość ozdobiona jest dużą ilością zdjęć, planów z zaznaczonymi miejscami związanymi z Gombrowiczem, czy rękopisami Kronosu. Pod tym względem wydawca spisał się na pięć z plusem.

 

Wszyscy mają kota, ma i Witek

 

Kronos to dzieło dobre i w pewnym sensie wartościowe. Nie można jednak stawiać go na równi z Ferdydurke, czy nawet z Dziennikiem. Jak już wspomniałam nie jest to tekst literacki, raczej należy go odbierać jako ‘bonus’, suplement. Nie muszę chyba podkreślać (ale i tak to zrobię), że jest to pozycja wyłącznie dla czytelników zainteresowanych Gombrowiczem. Jeżeli nie interesuje cię ten pisarz, to nawet nie próbuj po nią sięgać, bo i tak jej nie przeczytasz. A wszystkim wydawnictwom radzę uważniej planować strategię reklamową, by promocja książki nie została skwitowana stwierdzeniem 'wiele hałasu o nic'.