703 Obserwatorzy
102 Obserwuję
literatkakawy

Literatka kawy.

Proza, poezja, architektura. Wrażenia z ostatnio przeczytanych książek, garść informacji z rynku wydawniczego oraz okazyjne wynurzenia literaturą inspirowane.

Teraz czytam

Bodo wsrod gwiazd
Anna Mieszkowska
Modernizmy. Architektura nowoczesności w II Rzeczypospolitej Tom 2. Katowice i województwo śląskie
Andrzej Szczerski, Zbigniew Kadłubek
Przeczytane:: 73/366 stron
Plantageneci. Waleczni królowie, twórcy Anglii
Dan Jones
Przeczytane:: 32/640 stron
Grobowiec Lenina
David Remnick
Przeczytane:: 84/580 stron

Tyrmandowie. Romans amerykański

 

Agata Tuszyńska

Wydawnictwo MG, 2012

 

Jeśli na okładce książki pojawia się czule całująca się para, a w jej tytule widniej słowo „romans”, to raczej nikt nie ma wątpliwości, czego można się po takiej pozycji spodziewać. No, chyba że autorką danego tomu jest Agata Tuszyńska, a całość traktuje o życiu jednego z wybitniejszych pisarzy Polski Ludowej – Leopoldzie Tyrmandzie.

 

Zanim przejdę do meritum, należy sprecyzować jedną ważna sprawę. Choć nazwisko Agaty Tuszyńskiej zostało wypisane na okładce książki wielkimi literami, to jednak przez cały tom pisarka nie wypowiada ani jednego słowa. To, co pojawia się wewnątrz książki, nie jest bowiem biografią (jak mogłoby się wydawać), lecz relacją z pierwszej ręki. O swoich wspomnieniach opowiada tutaj Mary Ellen Tyrmand, żona Leopolda oraz sam pisarz, którego wypowiedzi zostały uwiecznione za pomocą odnalezionych listów. Rola Tuszyńskiej ograniczyła się do wysłuchania Mary Ellen i złożenia wypowiedzi wdowy w sensowną całość, co wcale nie umniejsza roli, jaką odegrała przy tworzeniu tej książki.

 

Tyrmandowie. Romans amerykański to historia związku jaki połączył rezolutną, dwudziestotrzyletnią doktorantkę iberystyki oraz przebywającego na emigracji w USA pięćdziesięcioletniego polskiego pisarza. Początkowa fascynacja młodej dziewczyny pisującym do „New Yorkera” inteligentem przerodziła się w prawdziwą miłość. Pomimo początkowego sprzeciwu matki dziewczyny, młodym udało się wziąć ślub i choć lekarze orzekli, że jest bezpłodna, los obdarzył ich bliźniętami. Chciałoby się skwitować, że żyli długo i szczęśliwie, jednak historia ta kończy się smutnym akordem. Było im dane przeżyć ze sobą zaledwie piętnaście lat.

 

Opowieść niczym scenariusz pospolitego hollywoodzkiego romansidła.

Tylko na pierwszy rzut oka.

 

Mary Ellen wciąż darzy swojego męża ogromną miłością, co jest doskonale widoczne w jej ciepłej, do granic możliwości subiektywnej opowieści. Jednak oko nawet niezbyt uważnego czytelnika szybko wyłowi elementy niepasujące do tej słodkiej opowieści. Tyrmand nie był wierny swojej żonie, o czym ona zresztą doskonale zdawała sobie sprawę. Sporadycznie zdrady nie przeszkadzały jej, zupełnie tak samo, jak sposób w jaki się on do niej odnosił. Z lektury listów pisarza wynika bowiem, że nie szczędził on swojej ukochanej słów krytyki i wielokrotnie zdawał się być wobec niej protekcjonalny. Zupełnie tak, jakby początkowa relacja mentor-uczennica nigdy nie miała przerodzić się w związek oparty na partnerstwie. Aż trudno uwierzyć, że kobieta o tak silnej osobowości nie czuła się skrępowana w takiej patriarchalnej konfiguracji.

 

Ale Tyrmandowie to nie tylko historia o romanse, to również opowieść o amerykańskich losach Tyrmanda, który nie widząc swojej przyszłości w kraju zdominowanym przez cenzurę, zdecydował się raz na zawsze opuścić jego granice. Pięćdziesięcioletni Tyrmand to wciąż erudyta, miłośnik jazzu i wielbiciel pięknych kobiet. W zapomnienie odszedł jednak jego ekstrawagancki styl ze słynnymi kolorowymi skarpetkami. Jeden z głównych niepokornych PRL-u w wyzwolonej obyczajowo Ameryce zaczął coraz bardziej skłaniać się ku konserwatywnym ideom. W czasie pierwszego spotkania ze swoją przyszłą żoną starł z jej twarzy zbyt mocny makijaż, później natomiast kazał jej zakładać szare filcowe spódnice, zamiast modnych miniówek. Samej Mary Ellen trudno jest uwierzyć w sposób, w jaki odbierany był jej ukochany w latach 60 w Polsce. Gdzie leży przyczyna tej zmiany? Czyżby ogarnięte rewolucją seksualną społeczeństwo amerykańskie przekroczyło ustalone przez Tyrmanda granice dobrego smaku? A może do głosu doszła dojrzałość autora? Tego możemy się jedynie domyślać.

 

Tyrmandowie. Romans amerykański to najlepszy przykład na to, że zarówno okładka, jak i tytuł książki mogą wprowadzać czytelnika w błąd. Choć miłość siłą napędową tej narracji, to jednak po tą romantyczną historią kryje się intrygujący portret dojrzałego pisarza. Tuszyńska zrobiła doskonały krok nie decydując się na ubranie słów Mary Ellen w swoją autorską narrację, nikt przecież nie opowie lepiej o swoich losach, niż sami zainteresowani. Dzięki temu otrzymujemy książkę ciekawą, którą z chęcią przeczytają zarówno czytelnicy znający dokonania autora Złego oraz Życia towarzyskiego i uczuciowego, jak i ci, którzy nigdy wcześniej o nim nie słyszeli. Może dzięki tej lekkiej i przystępnej pozycji zdecydują się zgłębić jego twórczość?

 

Warto dodać, że książka została wzbogacona o bogaty materiał fotograficzny pochodzący ze zbiorów prywatnych Mary Ellen Tyrmand.