703 Obserwatorzy
102 Obserwuję
literatkakawy

Literatka kawy.

Proza, poezja, architektura. Wrażenia z ostatnio przeczytanych książek, garść informacji z rynku wydawniczego oraz okazyjne wynurzenia literaturą inspirowane.

Teraz czytam

Bodo wsrod gwiazd
Anna Mieszkowska
Modernizmy. Architektura nowoczesności w II Rzeczypospolitej Tom 2. Katowice i województwo śląskie
Andrzej Szczerski, Zbigniew Kadłubek
Przeczytane:: 73/366 stron
Plantageneci. Waleczni królowie, twórcy Anglii
Dan Jones
Przeczytane:: 32/640 stron
Grobowiec Lenina
David Remnick
Przeczytane:: 84/580 stron

Nie ma ekspresów przy żółtych drogach

 

Andrzej Stasiuk

Czarne, 2013

 

W październiku ubiegłego roku zawrzało – jeden z bardziej utalentowanych polskich prozaików, Andrzej Stasiuk, wydaje kolejną książkę! Po niepozornym, choć doskonale napisanym i wyładowanym po brzegi emocjami zbiorze opowiadań Grochów przyszedł czas na coś nowego. Powieść? Kolejne opowiadania? A może reportaż? Nic z tych rzeczy. Nie ma ekspresów przy żółtych drogach to żadna świeżynka, tylko zbiór tekstów, które miały już okazję ukazać się na łamach prasy krajowej i zagranicznej, w przestrzeni internetu, czy na kartach różnych wydawnictw okolicznościowych. Niektórym czytelnikom zrzedła mina (toż to zwykłe odgrzewanie kotleta!), inni bez mrugnięcia okiem pobiegli to księgarni. Bo przecież Stasiuka nigdy nie za wiele.

 

Ten niewielki tomik to 48 felietonów i esejów koncentrujących się w dużej mierze na szeroko rozumianym pojęciu przestrzeni. Nawet ci, którzy twórczość Stasiuka znają jedynie ze słyszenia, wiedzą, że ten autor to ‘człowiek drogi’, niespokojny duch, który lubi wędrować po świecie i wnikliwie obserwować to, co się wokół niego dzieje. Nie jest on jedynie antropologiem, który całą uwagę skupia na ludziach i ich czynach, jego atencję w nie mniejszym stopniu przyciąga otoczenie, w którym dane jednostki się znajdują, bez znaczenia, czy jest to tandetna architektura, czy beskidzka głusza. Nie ważne, gdzie się znajduje, Stasiuk niczym najlepszy bajarz z każdego miejsca powraca z fascynującą opowieścią.

 

W Nie ma ekspresów przy żółtych drogach nie możemy narzekać na monotonię. Autor za pomocą krótkich migawek zabiera czytelnika w podróż po mongolskich stepach, pokazuje Chiny, zapuszcza się na Bałkany, duma nad losem Ukrainy, czy jedzie „w literacką trasę przez Niemcy (i Austrię) (choć jak sam stwierdza, bardziej ciągnie go na wschód). Patrzy na miejsca w których się znalazł z perspektywy zwykłego podróżnika, przez pryzmat własnych doświadczeń, zupełnie oddalając się od obiektywnego stylu reportażu. Nie oszukujmy się, Stasiuk reporterem nigdy nie był i prawdopodobnie nigdy nim nie zostanie. Bliżej mu do włóczykija, który wtapia się w otaczający go krajobraz, niż do korespondenta, który opuszcza kraj z konkretną misją do wypełnienia. On nie szuka ciekawych ludzi, czy zdarzeń, lecz potrafi wyciągnąć esencję z tego, co mu się przytrafia.

 

Jednak to nie wspomnienia zagranicznych wypraw stanowią najmocniejszą część tego zbioru, ale teksty dotyczące naszego własnego, polskiego podwórka. Pojawia się wątek ekshumacji ofiar pewnej słynnej katastrofy, wycieczka do Lichenia, czy opis skomercjalizowanego krajobrazu Polski (tekst wcześniej pojawił się jako posłowie do Wanny z kolumnadą Filipa Springera). Szczególną uwagę przywiązuje do obszaru w którym mieszka (Beskid Niski), miejsca w którym chaos urbanizacji ustępuje miejsca naturze. Pisze o obserwacji ptaków, spotkaniu z rysiem, praktycznie zapomnianych cmentarzach, o Łemkach i góralach. Stasiuk dużo miejsca poświęca na opis polskiej wsi, zarówno tej dawnej, zachowanej w wspomnieniach z dzieciństwa, jak i obecnemu obliczu prowincji, które utraciło już ten niegdysiejszy blask, roztaczany przez hucznie obchodzone odpusty, czy snujące się po opłotkach tajemnicze południce.

 

Tym, co najbardziej urzeka w tekstach Stasiuka (oprócz warsztatu literackiego, jednocześnie prostego i kunsztownego, który stoi jak zwykle na najwyższym poziomie), jest jego szczerość. Autor nie kryje się za maskami, nie chce pozostać przezroczystym obserwatorem. On w pełni istnieje w swoich tekstach, jest postacią z krwi i kości z całym bagażem wspomnień i osobistych doświadczeń. Na kartach Nie ma ekspresów przy żółtych drogach pojawiają się liczne elementy autobiograficzne, począwszy od rodzinnych historii (tutaj pojawia się babka znana czytelnikom z Grochowa), przez dzieciństwo, burzliwą młodość zwieńczoną pobytem w więzieniu, aż po sytuację w której został znanym pisarzem, autorytetem. Te osobiste wtrącenia nie tylko powodują, że lektura tekstów jest atrakcyjniejsza (bądźmy szczerzy, każdego czytelnika interesują szczegóły z życia pisarza, zwłaszcza tego ulubionego), ale również sprawiają, że całość można czytać na jeszcze jednym poziomie, nie tylko jako opowieść o przestrzeni, ale również jako osobistą historię autora. Coś, co można odczytać jedynie po zamknięciu wszystkich tych pierwotnie rozproszonych tekstów w jednym tomie.

 

Nie ma ekspresów przy żółtych drogach to nie żaden odgrzewany kotlet, ale zbiór tekstów najwyższej jakości. I choć każdy z nich powstał w innych okolicznościach, to jednak zestawione razem tworzą jak najbardziej spójną całość. Zazębiają się tworząc fascynującą opowieść o przestrzeniach, ludziach w nich funkcjonujących i o zmianach, jakie w nich zachodzą. Może nie jest to tak naładowana emocjami proza, jaką autor zawarł chociażby na kartach już wspomnianego Grochowa, za to wielokrotnie zmusza do refleksji (polecam tekst „Hibernatus”) i, jak to przeważnie z tego typu publikacjami bywa, sprawia, że każdy czytelnik znajdzie w niej coś dla siebie. Zarówno ten, który nigdy o Stasiuku nie słyszał, jak i ten, który część tych tekstów zna już z „Tygodnika powszechnego”, czy magazynu „Dwutygodnik.com”.