703 Obserwatorzy
102 Obserwuję
literatkakawy

Literatka kawy.

Proza, poezja, architektura. Wrażenia z ostatnio przeczytanych książek, garść informacji z rynku wydawniczego oraz okazyjne wynurzenia literaturą inspirowane.

Teraz czytam

Bodo wsrod gwiazd
Anna Mieszkowska
Modernizmy. Architektura nowoczesności w II Rzeczypospolitej Tom 2. Katowice i województwo śląskie
Andrzej Szczerski, Zbigniew Kadłubek
Przeczytane:: 73/366 stron
Plantageneci. Waleczni królowie, twórcy Anglii
Dan Jones
Przeczytane:: 32/640 stron
Grobowiec Lenina
David Remnick
Przeczytane:: 84/580 stron

Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach

Filip Springer

Karakter i Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, 2013

 

Między uwijającymi się jak w ukropie ukraińskimi robotnikami docieramy do dawnej sali kinowej. To tu Hansen chciał zorganizować pracownię otwartą. - Może mu powiesimy tabliczkę na antresoli? – zastanawia się profesor Woźniak. – Na pamiątkę, że nic mu tu nie wyszło.

 

Oskar Hansen – człowiek, któremu nic nie wyszło. Jeden z największych pechowców polskiej (a kto wie, może i światowej) architektury. Humanista i utopista. Mało który polski artysta mógłby pochwalić się tak oryginalnymi pomysłami, trochę zwariowanymi, aczkolwiek nie niemożliwymi do zrealizowania. Niestety, jego twórczość przypadła na mało chlubną erę PRL-u, co niosło ze sobą dwie, dość przykre konsekwencje. Pierwsza – brak zrozumienia władz, czuwających nad wykonaniem zaprojektowanych przez niego konstrukcji. Druga – brak zrozumienia ze strony odbiorców, którzy nie potrafili (nie chcieli?) zrozumieć idei w nich drzemiących. Kolejna generacja bez zastanowienia wrzuciła go do worka z innymi architektami PRL-u, którzy tworzyli konstrukcje „szare, brzydkie i monotonne”, a następnie o nim skutecznie zapomnieli.

 

W tym mętliku nazwisk i projektów znalazł go Filip Springer pracując nad książką Źle urodzone, zbiorze reportaży o znienawidzonej architekturze byłego ustroju. Postać Oskara i jego żony Zofii zainteresowała tego młodego reportera do tego stopnia, że bez wahania zdecydował się poświęcić im osobną publikację – Zaczyn. Miał ku temu powody.

 

Hansen uczył się od najlepszych. Był w Paryżu, który tuż po zakończeniu wojny wciąż utożsamiany był z ośrodkiem skupiającym środowisko artystów reprezentujących szeroko pojętą awangardę. Był w pracowniach Fernarda Légera, Pabla Picassa i innych wybitnych malarzy tej epoki. Trafił pod skrzydła Pierre Jeannereta, współpracownika jednego z największych autorytetów w dziedzinie architektury – Le Corbusiera. Z tym drugim ma okazję zjeść kolację, chociaż do wielu pomysłów i opinii ‘papieża modernizmu’ podchodzi krytyczne. Hansen kierował się własną filozofią, nie potrzebował kopiować wzorców ustanowionych przez innych (co nie wyklucza oczywiście czerpania z nich inspiracji). Słuchał zdania innych, inni zapoznawali się z jego opiniami. Zaczynał wrastać w to środowisko, wciąż niedostępne dla wielu jego polskich kolegów po fachu. Mógł zostać kimś pokroju Le Corbusiera, z którym nie wahał się polemizować na forum publicznym. Mógł zapisać się złotymi zgłoskami na kartach architektury nowoczesnej. Mógł.

 

Na zachodzie , przynajmniej teoretycznie, był w stanie coś osiągnąć, ale jednak wrócił do podnoszącej się z gruzów Warszawy. Tutaj był potrzebny, tutaj mógł zmieniać świat. Bo przecież kompetencje architekta, zgodnie z zasadami modernizmu, nie ograniczały się do budowania ładnych brył. Architekt miał stawiać konstrukcje, których funkcjonalność (a nie piękno) ujmie człowieka i otworzy mu drogę do lepszego życia.

 

Co takiego więc wymyślił ten urodzony w Finlandii syn Norwega i Rosjanki, który w wieku czterech lat nieodwracalnie związał swoje losy z Polską?

 

Przyczółek Grochowski, Warszawa / Fot. Archiwum Oscara Hansena, MASP w Warszawie

 

Utopijne osiedla, których mieszkańcy otrzymaliby mieszkania skrojone pod ich potrzeby. Miejsce spotkań, rekreacji i życia w dogodnych warunkach, wśród słońca i zieleni. Tak miało być na osiedlu Słowackiego w Lublinie i na warszawskim Przyczółku Grochowskim. Te oazy szczęścia i spokoju przerodziły się jednak zgoła w coś innego, niektórzy o tych miejscach mówią ‘środowiska kryminogenne’. Wyszło jak zwykle, czyli nie do końca po myśli architekta.

 

 

 

Linearny System Ciągły, czyli ciągnące się przez Polskę, z południa na północ, cztery pasy zabudowań miejskich. Miały oblepiać cztery największe rzeki, za którymi odpowiednio miały znaleźć się tereny zielone, strefy przemysłowe, kolejna warstwa pól i lasów oraz tereny mieszkalne. Należało przemeblować cały kraj, który do tej pory rozwijał się w sposób spontaniczny, zupełnie bez najmniejszego śladu ładu i porządku. Pozbawione urbanistycznie wyznaczonego centrum miasta te będą przyjazne dla mieszkańców, którzy otrzymają równe szanse w dostępie do kolejnych udogodnień – w tym do tak ważnej natury. Chyba nie muszę dodawać, że pomysł nie został zrealizowany.

 

Pomnik na terenie Auschwitz-Birkenau. Przekreślenie całego obszaru obozu asfaltową drogą pokrywającą wszystko, co znajdzie na swojej drodze, łącznie z barakami i krematoriami. Konstrukcja głęboko symboliczna, zbyt symboliczna na czas, w którym powstała (1958 rok). Z „Pomnika drogi” również nic nie wyszło.

 

W środowisku akademickim stał się obiektem kpin, kimś, kogo nie do końca traktowano na serio. Po latach o nim po prostu zapomniano. A przecież mogło być tak pięknie.

 

Springer na kartach Zaczynu uważnie podąża śladami Hansena. Wertuje jego osobiste notatki, czyta wywiady, rozmawia z żoną i synem, współpracownikami i studentami. Odwiedza kolejne zrealizowane projekty architekta (tak się składa, że na Przyczółku Grochowskim sam mieszka), wybiera się w podróż do jego korzeni, do Finlandii. Odtwarza historię jego życia, stara się zdefiniować cele i wartości, którymi się w nim kierował, jednocześnie odnosząc wszystkie pozyskane informacji do specyfiki tamtych lat. W okresie, w którym panował głód mieszkaniowy, nikt nie miał bowiem czasu na kontemplacje utopijnych planów osiedli, czy miast. Kto więc ponosi winę za niepowodzenia Hansenów? Państwo? Wykonawcy?  Być może., jednak i oni sami nie pozostają bez winy. Springer stara się udowodnić, że za szalonymi projektami Hansenów stały dobre intencje, czasami próbuje ich nawet z tego wytłumaczyć, równocześnie nie unika jednak krytyki postępowania swoich bohaterów, którzy łudzili się, że otaczające ich społeczeństwo jest z natury dobre i spragnione obcowania ze sztuką. Że w lot pojmie koncepcję formy otwartej i ją doceni. Że robotnicy w przerwach sięgną po skrzypce , lub będą tworzyć kompozycje przestrzenne. No cóż, zdecydowanie przecenili możliwości Polaków. W Skandynawii, gdzie ludzie mają jednak odrobinę inną mentalność, może byłoby mu łatwiej. Ale czy aby na pewno? 

 

Zaczyn nie jest książką skierowaną tylko i wyłącznie do osób, które weszły w posiadanie tajnej wiedzy z dziedziny architektury. To nie opowieść o budownictwie, ale o idealiście, któremu nie dane było zrealizować swoje zamysły. Jej odbiorcą może zostać każdy z nas, a na pewno powinien ten, kto mieszka na którymś z osiedli zaprojektowanych przez małżeństwo Hansenów. Zwłaszcza, że historia architekta, jego żony i czasów, w których przyszło im tworzyć, została napisana tak dobrze, że od Zaczynu wprost trudno się oderwać.

 

A zainteresowanych Oskarem Hansenem i jego wizją sztuki odsyłam do jego książki Zobaczyć świat.