703 Obserwatorzy
102 Obserwuję
literatkakawy

Literatka kawy.

Proza, poezja, architektura. Wrażenia z ostatnio przeczytanych książek, garść informacji z rynku wydawniczego oraz okazyjne wynurzenia literaturą inspirowane.

Teraz czytam

Bodo wsrod gwiazd
Anna Mieszkowska
Modernizmy. Architektura nowoczesności w II Rzeczypospolitej Tom 2. Katowice i województwo śląskie
Andrzej Szczerski, Zbigniew Kadłubek
Przeczytane:: 73/366 stron
Plantageneci. Waleczni królowie, twórcy Anglii
Dan Jones
Przeczytane:: 32/640 stron
Grobowiec Lenina
David Remnick
Przeczytane:: 84/580 stron

Polska awangarda i modernizm

Lech Niemojewski Miasto Przyszłości, plac w dzielnicy handlowej (1925)

 

Le Corbusier, Mies van der Rohe, Walter Gropius – te nazwiska architektów pierwszej fali modernizmu zna każdy, kto choć trochę interesuje się historią sztuki. Panowie ci wspólnymi siłami definiowali nowy prąd w architekturze, pozostawiając za sobą nie tylko wspaniałe realizacje, ale również i idee, które po dzisiejszy dzień oddziałują na kolejne pokolenia twórców, którzy na przemian je negują i powielają. Udało im się zaistnieć i przejść do historii.

 

Ale co w czasie, kiedy modernizm przybierał na sile, działo się na terenie Polski?

 

Choć przyjęło się uważać, że nowe idee docierają do naszego kraju z dość dużym opóźnieniem, to jednak w dwudziestoleciu międzywojennym polscy artyści byli zaskakująco dobrze zorientowani w światowych trendach. Zza wschodniej granicy płynął rosyjski konstruktywizm, zachód kusił neoplastycyzmem holenderskiej grupy De Stijl oraz Bauhausem Waltera Gropiusa.

 

Jaka była polska awangarda? Przede wszystkim nie była ona wolna od wpływów politycznych. Choć może nam się to wydawać dziwne, to jednak jej członkowie wykazywali upodobanie do ideologii lewicowych, czasami bardzo skrajnych. Niektórzy z artystów należeli wręcz do Komunistycznej Partii Polski, której założeniem było wcielenie Polski w obszar ZSRR, co oczywiście szło w parze z ponownym wymazaniem kraju z map. I chociaż były to nieliczne przypadki, to jednak wciąż fascynacja tym ustrojem w kraju, który dopiero co wyzwolił się z zaboru rosyjskiego i wciąż pozostawał w napiętych stosunkach z bolszewikami, wywołuje niemałe zdziwienie. A nie powinna. Nie można zaprzeczyć, że założenia modernizmu mają wiele wspólnego z myślą lewicową, zwłaszcza, jeśli przypomnimy sobie tak chętnie budowane za czasów PRL-u bloki mieszkalne, wzorowane na marsylskiej Unité d'Habitation (jednostce mieszkaniowej) Le Corbusiera.

 

Jednym z pierwszych ugrupowań awangardowych skupiających polskich architektów i artystów, był założony w 1923 roku Blok Kubistów, Suprematystów i Konstruktywistów. Jej członkowie (m.in. Mieczysław Szczuka, Katarzyna Kobro-Strzemińska, Władysław Strzemiński, Teresa Żarnowerówna) wychodzili z założenia, że zadaniem architektury jest nie tylko realizowanie kolejnych projektów budowlanych, ale ma ona również kształtować nowe bezklasowe społeczeństwo. Nie bez powodu szczególnym zainteresowaniem darzyli oni właśnie masowe budownictwo mieszkaniowe, które miało zapewnić równe warunki dla wszystkich ludzi, bez względu na ich status społeczny, czy nawet płeć. Ich oczkiem w głowie stał się proletariat, dla którego chcieli tworzyć funkcjonalne, samowystarczalne osiedla mieszkaniowe. W pierwszym numerze czasopisma „Praesens” Szymon Syrkus postulował rozwój przemysłu mieszkaniowego, twierdząc, że „[p]lan architektoniczny jest przewidywaniem funkcji życiowych, jakie człowiek spełnia, mieszkając w domu”. W tekście Domy-ogrody w miastach ogrodach („Dźwignia” 1927, nr 1) Szczuka przedstawiał obraz kwartałów wyposażonych we wszystkie niezbędne instytucje, takie jak przedszkola i szkoły, sklepy, lokale kulturalne i sportowe a nawet wspólne kuchnie i jadalnie. Ponadto twierdził on, że „[n]ie  wolno  projektować  mieszkań bez związku  z  całością  osiedla. Mieszkanie  jest  komórką organicznie  związana  z  całością  osiedla od  niego uzależnioną i jemu swe wymagania narzucającą”.

 

 Katarzyna Kobro - Projekt przedszkola funkcjonalnego

 

Nie trzeba chyba dodawać, że w niepamięć poszły również wszelkie inspiracje wcześniejszymi stylami. Zarówno bogato zdobiona secesja jaki i czerpiący ze sztuki ludowej formizm stały się przedmiotem krytyki artystów bloku. Żadnych dworków, kamieniczek z przesadną dekoracją – to funkcja miała być ważna, a nie forma.

 

Odrzucając całą dekoracyjną otoczkę budowli, zmianie musiała ulec również definicja zawodu architekta. Na początku XX wieku nie potrzeba było już artystów, którzy tworzyliby wymyślne i skomplikowane konstrukcje, które swoim kunsztem zapierałyby dech w piersiach przechodniów. Miał go zastąpić inżynier, który znając dogłębnie najnowsze osiągnięcia techniki, sprawnie kierowałby budową innowacyjnych, seryjnych budowli, projektujący całe osiedla przy okazji zajmując się również pracą nad społeczeństwem. Tadeusz Peiper w artykule Miasto-Masa-Maszyna snuł przypuszczenia, że w miastach wzorem wodociągów pojawią się tlenociągi pobierające czyste powietrze z lasów lub atmosfery, a może nawet fabryka produkująca tlen. Do pojęcia ‘maszyny’ powrócił w 1926 roku Syrkus, twierdząc, że „dzięki standaryzacji i centralizacji wielkiego przemysłu możemy mieć: mebel-maszynę, mieszkanie-maszynę, miasto-maszynę”, dalej stwierdzając, że „przemysł pomaga architektowi osiągnąć jeden z celów architektury – porządek i wynikające zeń piękno”.

 

Lech Niemojewski Miasto Przyszłości, spichlerze i elewatory (1925)

 

Jednak nie samym przemysłem żyje człowiek i mechanizacja nie wyparła tak ważnego aspektu, jakim było przywracanie terenów zielonych do miast. Przychylnym okiem spoglądano na pomysły urbanistyczne Le Corbusiera łączące wieżowce z parkami, sporą popularnością cieszyła się również idea miasta-ogrodu, w której jednak sielską zabudowę wiejską zastąpiono blokowiskami. We wspomnianym już artykule  Szczuka pisał, że na  dachach jego domów miały znaleźć się „wielkie  tarasy  dla  treningów  sportowych  —  kąpieli  słonecznych —  spacerów, oraz  zieleńce  —  wiszące  ogrody”. Postulował on również wprowadzenie przeszklonych tarasów wypełnionych zielenią jak również przerw zapewniających dostęp świeżego powietrza.

 

Taras - T. Żarnowerówna, M. Szczuka, P. Koziński, A. Karczewski

 

Blok zakończył swoją działalność w 1926 roku, po zaledwie trzech latach istnienia i pomimo sporządzenia wielu rewolucyjnych projektów i głoszenia mocnych haseł odszedł w zapomnienie.

 

Dlaczego?

 

Grupa ta była wyjątkowo mało produktywna. Chociaż jej członkowie wygłaszali dość kontrowersyjne idee w porównaniu z akademikami, to jednak nie były one ani twórcze, ani innowacyjne. Byli oni doskonale zorientowani w tym, co dzieje się za granicą i niestety wiedza ta okazała się ich przekleństwem. Antyhistorycyzm, antyregionalizm, inżynieria społeczna, zieleń w miastach, przewaga inżyniera nad architektem – żadne z tych pomysłów nie było ich własnym. Można odnieść wrażenie, że artyści do tego stopnia zachłysnęli się ideami zachodnich i wschodnich artystów, że nie potrafili spojrzeć na nie krytycznym okiem. Zadowolili się rolą odtwórczą, zapominając, że jako architekci powinni tworzyć. I chociaż w ich głowie narodziło się kilka odważnych projektów, żaden z nich nie został zrealizowany.

 

Dopiero kolejne ugrupowanie, założony w 1926 roku przez Szymona Syrkusa Praesens, zdołało zrobić krok na przód. Wciąż nie udało im się wymyślić żadnej rewolucyjnej teorii i jej członkowie w dalszym ciągu bazowali na sprawdzonych wzorcach, często wyjętych żywcem z książki Le Corbusiera W stronę architektury. Tym razem jednak architekci zaczęli realizować swoje pomysły, zwłaszcza w obrębie Warszawy. Szymon Syrkus wraz z Heleną Syrkusową opracowali osiedle na Rakowcu, gdzie pojawiły się osiedla liniowe z ustawionymi poprzecznie do ulicy blokami mieszkalnymi. W 1934 roku Syrkus razem z Janem Chmielewskim stworzyli plan Warszawy Funkcjonalnej, propozycji dość odważnej przebudowy stolicy w duchu najnowszych trendów. Choć wizja ta była dość utopijna, zyskała jednak aprobatę CIRPAC (Międzynarodowego Komitetu Realizacji Problemów Architektury Współczesnej).

 

Poniższe realizacje zostały zamieszczone w drugim numerze czasopisma Praesens (1930):

 

B. Lachret & J. Sznajca - willa pp. Szylerów na Saskiej Kępie (1928 r.)

 

B. Lachret & J. Sznajca - dom 3-rodzinny na Saskiej Kępie (1929 r.)

 

Szymon Syrkus - pawilon nawozów sztucznych

 

Pech chciał, że w momencie, w którym moderniści zaczynali rozwijać swoje skrzydła i kto wie, może stali u progu odnalezienia własnej ścieżki w drodze wyznaczonej przez inne wielkie nazwiska, styl ten przestał być już pożądany. W latach trzydziestych do łask powróciły monumentalne budowle wsparte na masywnych kolumnach, którym nie był obcy tak znienawidzony przez modernistów ornament.

 

Dopiero po II Wojnie Światowej ponownie odżyły zarzuconych przed laty idei, zarówno w kwestii wizualnej reprezentacji budynków, jak i drzemiącej w niej ideologii.

 

Jednym z takich architektów był Oskar Hansen, którego sylwetkę przybliżył nam w ubiegłym roku Filip Springer w nominowanej do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego książęce Zaczyn, której recenzja pojawi się na tym blogu już wkrótce.