703 Obserwatorzy
102 Obserwuję
literatkakawy

Literatka kawy.

Proza, poezja, architektura. Wrażenia z ostatnio przeczytanych książek, garść informacji z rynku wydawniczego oraz okazyjne wynurzenia literaturą inspirowane.

Teraz czytam

Bodo wsrod gwiazd
Anna Mieszkowska
Modernizmy. Architektura nowoczesności w II Rzeczypospolitej Tom 2. Katowice i województwo śląskie
Andrzej Szczerski, Zbigniew Kadłubek
Przeczytane:: 73/366 stron
Plantageneci. Waleczni królowie, twórcy Anglii
Dan Jones
Przeczytane:: 32/640 stron
Grobowiec Lenina
David Remnick
Przeczytane:: 84/580 stron

Eli, Eli

 

Wojciech Tochman

fotografie: Grzegorz Wełnicki

Czarne, 2013

 

Zawód reportera jest zawodem trudnym. Nie chodzi już nawet o to, że reporter przeważnie znajduje się w warunkach naruszających jego bezpieczeństwo, czy wręcz stanowiących zagrożenie dla jego życia. Próby dotarcia do groźnych osób, zanurzanie się w szemranych środowiskach, czy podróż w sam środek trawionego wojną terytorium – wszystkie te czynności, nawet jeśli zostały starannie przemyślane i zaplanowane, mogą skończyć się tragicznie. Wystarczy przypomnieć sobie postać Beaty Pawlak, która w 2002 roku zginęła w zamachu terrorystycznym na wyspie Bali. Można śmiało powiedzieć, że reporter ryzykuje naprawdę wiele, tylko po to, by dotrzeć do prawdy i pokazać czytelnikowi określone sytuacje, może nieco z innej perspektywy, niż ukazują je media.

 

Jednak jak już wspomniałam, kwestia bezpieczeństwa to nie jedyny problem z jakim muszą się zmierzyć reporterzy.

 

Wyobraźmy sobie, że jakiś znany dziennikarz znajduje się właśnie w dzielnicy biedy jednego z krajów trzeciego świata. Wokół niego znajdują się przymierający głodem ludzie, mieszkający w warunkach urągających ludzkiej godności. On, pachnący, dobrze ubrany, syty Europejczyk, ma za zadanie opisać tę kryzysową sytuację dla magazynu poświęconemu reportażowi. Zbiera materiał. Przeprowadza rozmowy z ledwo trzymającymi się na nogach tubylcami, zadając mi pytania, w jaki sposób znaleźli się w tak opłakanej sytuacji i jak się z tym czują. Następnie całość upamiętnia sesją zdjęciową i po wykonaniu setek ujęć, jak najszybciej ucieka z tego cmentarzyska, próbując usunąć z pamięci twarze osób, które skonały na jego oczach.

 

Czy reporter ma być tylko biernym obserwatorem? Czy powinien wyzbyć się wszelkich ludzkich uczuć? Czy można uodpornić się na ból i cierpienie?

 

Nie tylko w mojej głowie pojawiają się te pytania, zadaje je sobie również m.in. Wojciech Tochman w swojej najnowszej książce Eli, Eli. Teoretycznie jest to reportaż traktujący o Manili, stolicy Filipin. Reporter wraz z fotografem Grzegorzem Wełnickim przemierza najmniej reprezentacyjne zakątki miasta w poszukiwaniu ciekawego materiału. Ten, jak można łatwo się domyślić, sam pcha się przed obiektyw niesionego przez Wełnickiego aparatu. Biedne rodziny, osierocone dzieci, kaleki, bezdomni, a zwłaszcza kobieta-drzewo – wszystko to stanowi idealny materiał na ciekawy tekst i piękne zdjęcia. Z napotkanymi trzeba porozmawiać, nakłonić do zwierzeń i, co czasami bywa znacznie trudniejsze, do sesji zdjęciowej. Wszystko po to, by dać czytelnikowi wgląd w to, co dzieje się w slumsach miasta położonego setki tysięcy kilometrów od Polski. By pokazać, w jakich warunkach funkcjonują tam ludzie. Rodziny gnieżdżą się w ciasnych „szafach”, dzieci zaganiane są do pracy w tzw. junk shopach (skup złomu), bezdomni odnajdują schronienie w grobach na pobliskim cmentarzu, wiodąc sobie spokojny żywot wśród zmarłych. Pokryta wrzodami Josephine zaczyna powoli przeistaczać się w drzewo i nikt jej nie potrafi w tym pomóc.  Obrazki szokujące, tym bardziej, że każda z historii została uwieczniona na fotografii.

 

Josephine z perłą (fot. Grzegorz Wełnicki)

 

Zdjęcia odgrywają w Eli, Eli ogromną rolę. Czytając tekst Tochmana nietrudno zauważyć, że w wielu miejscach spycha on na dalszy plan całą biedę Manili i koncentruje się na pracy fotografa. Opisuje jego warsztat, śledzi jak powstają koleje fotografie. Nawiązuje do nich wprost, dzięki czemu można odczuć, że nie są one jedynie nic nie wnoszącą wizualną ozdobą, ale integralną częścią całego reportażu. Ciężko powiedzieć, czy go dopełniają, czy może stanowią rdzeń tej opowieści. Patrząc na sposób, w jaki został wydany reportaż (nieco większy format, lepszy papier, wysokiej jakości duże fotografie) i na ogólną genezę książki (inspiracja zdjęciem Josephine wykonanym wcześniej przez Wełnickiego) podpowiada mi, że to jednak ta druga opcja wydaje się bardziej adekwatna.

 

A co z odpowiedzialnością reportera? Rozmyślania na ten temat pojawiają się już na pierwszych stronach książki i jak bumerang powracają w trakcie reportażu. Autor krytycznie odnosi się do turystów, którzy w ramach wycieczki True Manila, wędrują po slumsach stolicy ochoczo pstrykając zdjęcia biedzie. Czym jednak różnią się (pomijając jakość) ich fotki z wakacji, od zdjęć zamieszczonych w tym tomie? Sam Tochman zdaje się czuć z tym nie do końca w porządku, czemu daje właśnie upust w części wprowadzającej do Eli, Eli. Żeby jednak nie wyszło, że razem z Wełnickim są jedynie próżnymi żerującymi na czyimś cierpieniu, zdarza się, że starają się pomóc niektórym bohaterom reportażu. Zbierają butelki, dają pieniądze mieszkającemu na cmentarzu biedakowi. Starają się, ale czy te ich wysiłki przynoszą jakieś rezultaty? Odpowiedź znajdziemy w tekście, chociaż myślę, że łatwo można domyślić się jej domyślić.

 

Eli, Eli to z jednej strony ciekawa i wstrząsająca opowieść o Onyxie, slumsach Manili, z drugiej interesujące rozmyślania autora na temat pracy reportera, a zwłaszcza fotoreportera. Chociaż mówiąc o tej książce częściej skupia się na tym pierwszym aspekcie (kobieta-drzewo! ludzie mieszkają w grobach!), to jednak w trakcie lektury moja uwaga bardziej skoncentrowała się na tym drugim wątku. Byłam ciekawa, jak uda się wybrnąć Tochmanowi z poruszonego na początku problemu. Czy na swoim własnym (i Wełnickiego) przykładzie pokaże, że stanowi wyjątek od wizerunku bezdusznego reportera? I tak i nie. Nie ma w tym jednak nic dziwnego, w końcu zawód reportera polega właśnie, jakkolwiek mocno to nie zabrzmi, na żerowaniu na ludzkim cierpieniu. Inaczej się nie da.