703 Obserwatorzy
102 Obserwuję
literatkakawy

Literatka kawy.

Proza, poezja, architektura. Wrażenia z ostatnio przeczytanych książek, garść informacji z rynku wydawniczego oraz okazyjne wynurzenia literaturą inspirowane.

Teraz czytam

Bodo wsrod gwiazd
Anna Mieszkowska
Modernizmy. Architektura nowoczesności w II Rzeczypospolitej Tom 2. Katowice i województwo śląskie
Andrzej Szczerski, Zbigniew Kadłubek
Przeczytane:: 73/366 stron
Plantageneci. Waleczni królowie, twórcy Anglii
Dan Jones
Przeczytane:: 32/640 stron
Grobowiec Lenina
David Remnick
Przeczytane:: 84/580 stron

Od zera do 'bohatera'

 

Pierwszymi Amerykanami byli Brytyjczycy, Holendrzy, Niemcy, Irlandczycy, Hiszpanie, Francuzi, Żydzi, a nawet i Polacy.

 

Historia Ameryki jest niebywale krótka i nijak ma się do zawiłych dziejów większości państw Starego Świata. Sięgając po pierwsze lepsze opracowanie losów tego państwa nie znajdziemy tam zbyt wielu wzmianek dotyczących starożytności, średniowiecza, czy nawet renesansu. W czasie kiedy Europa przechodziła przez kolejne wieki jasne i ciemne, wpadając na genialne i innowacyjne pomysły, wymyślając od podstaw to, na czym opiera się współczesna polityka, gospodarka oraz sztuka na całym świecie, na terenie Ameryki Północnej nie działo się nic, co miałoby bezpośredni związek z tym, co wydarzy się tam w wieku XVIII. Oczywiście obszar ten był zamieszkany przez rozmaite plemiona, nazwane w wyniku drobnego faux-pas Kolumba Indianami, jednak nie ma się co łudzić – były to ludy raczej prymitywne, dla których spotkanie z nowymi przybyszami musiało być niemałym szokiem. A tych pojawiało się tam coraz więcej, nowy ląd kusił niezagospodarowaną powierzchnią (nie licząc nędznych szałasów tubylców), ogromną ilością surowców i nieograniczonymi możliwościami. Rozpoczął się prawdziwy wyścig, wszystkie liczące się w Europie państwa musiały posiadać tam swoją kolonię, zaznaczyć swoje wpływy na tym nowo-odkrytym skrawku ziemi. Zresztą, nie tylko dla władców Ameryka wydawała kusząca, ich myśli podzielali również zwykli obywatele, którzy chętnie przybierali rolę osadników i wyruszali w nieznane. Do jednych z tych śmiałków zaliczali się Pilgrim Fathers, purytanie, którzy szukając schronienia przed prześladowaniami religijnymi w 1620 roku zdecydowali się opuścić Anglię i osiąść w Nowym Świecie. Paradoksalnie ich osada Plymouth, obecnie znajdująca się na terenie stanu Massachusetts, stała się jedną z pierwszych kolonii angielskich na tym terenie (pierwszą był założony w 1607 roku Jamestown), torując tym samym drogę ich ojczyźnie do przejęcia władzy nad wschodnim skrawkiem niezbadanego wybrzeża.

 

Jennie Augusta Brownscombe The First Thanksgiving at Plymouth

 

To właśnie ci uciemiężeni purytanie stanowili podwalinę nie tylko pod rozszerzającą się w zawrotnym tempie dominację brytyjską, ale również to im zawdzięczamy wiele cech, które dziś przypisujemy do stereotypowych Amerykanów. Zgodnie z założeniami ich wiary, każdy jest sam odpowiedzialny za swoje zbawienie, a więc nacisk kładziono właśnie na indywidualizm oraz nieustane dążenie do stania się lepszą osobą. Byli to więc ludzie wyjątkowo pracowici a przy tym niezwykle skromni. Nie w głowie były im rozrywki, o rozpuście już nie wspominając. Nic więc dziwnego, że kolonia brytyjska zaczęła tak dobrze prosperować. Oczywiście nie tylko purytanie stanowili trzon tworzącej się tam społeczności, tak naprawdę znajdowali się tam przedstawiciele najróżniejszych krajów Starego Świata. Przy tak dużym rozwarstwieniu narodowościowym wciąż zaskakującym wydaje się fakt, że ludzie ci zdecydowali się wspólnymi siłami założyć nowe państwo i tym samym raz na zawsze rozerwać więzy łączące ich z poszczególnymi ojczyznami. W 1776 roku powstały Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, których terytorium wkrótce rozciągało się już wszerz całego kontynentu. Nowe państwo łapczywie pochłaniało kolejne kawałki terytorium, przyciągając niczym magnes kolejnych imigrantów. Co prawda nie obyło się bez jednej wojny domowej, jednak zwycięstwo północy zapobiegło podziałowi kraju. Państwo rosło w siłę, rozwijało gospodarkę i wkrótce, ku zdumieniu całej reszty świata, stało się prawdziwą potęgą. Z marnej pozycji pracującego w pocie czoła pucybuta awansowało do rangi cieszącego się bajecznymi zyskami milionera. Okazało się, że wspólnymi siłami przedstawiciele niemal wszystkich regionów świata są w stanie stworzyć kraj niemal idealny, teraz to USA wyznacza nowe trendy we wszystkich dziedzinach życia.

 

A co stało się z oryginalnymi mieszkańcami tego obszaru?

 

Mówiąc Amerykanie mamy przed oczami albo ludzi sukcesu, albo otyłych fanów konsumpcyjnego trybu życia, zapominając o tych, których w pierwszej kolejności powinniśmy określać tym mianem. Choć konstytucja Stanów Zjednoczonych gwarantuje swoim obywatelom wolność i równość, to jednak po jej uchwaleniu prawda nie do końca pokrywała się z założeniami tego zapisu. Indianie zamieszkiwali te obszary w czasach, kiedy przodkowie ‘Amerykanów’ zajmowali się filozofią, czy wznosili strzeliste katedry. Życie na obu kontynentach toczyło się równolegle, oba kręgi cywilizacyjne rozwijały się zupełnie niezależnie, każde w swoim własnym, określonym tempie. Los sprawił, że w Europie sprawy potoczyły się nieco szybciej i ciekawym świata odkrywcom oraz żądnych nowych ziem władcom zachciało się zwiedzać niezbadane zakątki naszego globu. Oczywiście Europejczycy, jako reprezentacji bardziej zaawansowanej cywilizacji, natychmiast podbili nowe tereny, nie zważając zupełnie na to, że są one już przez kogoś zamieszkane. W momencie, w którym osadnicy zaczęli przesuwać się w głąb kontynentu i napotykać coraz więcej tubylców, została podjęta decyzja, że jednak trzeba coś z tymi niechcianymi elementami krajobrazu zrobić – w końcu w kraju panuje głód ziemi, a obszar, na którym znajdują się ich siedliska z powodzeniem można rozparcelować i oddać pod zabudowę. Indianie okazali się jednak przywiązani do ziemi na której żyli już od kilku wieków i niestety nie wykazywali ochoty, by ją opuszczać. Kiedy zawiodły już wszelkie pokojowe sposoby, ‘Amerykanie’ zdecydowali się przesiedlić rdzennych mieszkańców na terytoria, które nie były już tak kuszące dla osadników. Na pustyni w końcu nic nie wyrośnie. A żeby nie zachciało się Indianom przemieszczać i wracać w swoje rodzinne strony, zamknięto ich w rezerwatach. Teoretycznie odseparowanie to miało przyczynić się do zachowania odrębności kulturowej i tradycji tubylców, jednak takie założenie miało się nijak do ludów koczowniczych, opierających swoją aktywność na polowaniu na bizony - o sprowadzeniu tych zwierząt do rezerwatu już nikt nie pomyślał. Wszelkie próby okazania nieposłuszeństwa były oczywiście karane, dochodziło nawet do interwencji zbrojnych. Całe szczęście ani głód, ani choroby, ani amerykańska broń, nie zdołały zmieść z powierzchni kontynentu wszystkich rdzennych mieszkańców i dzisiaj nikt już nie dybie na ich wolność. Nikt też nie kojarzy ich ze stereotypowym Amerykaninem. Chociaż może to i lepiej.

 

Robert Lindneux The Trail of Tears

 

Tak w skrócie powstały Stany Zjednoczone, światowa potęga, supermocarstwo. Swój sukces zawdzięczają upartym i pracowitym purytanom oraz zdeterminowanym osadnikom, którym nie straszne było budowanie od zera nowych miast. Umiejętne korzystanie z tradycji wypracowanych przez stare kraje i wymieszanie ich na nowej ziemi zaowocowało zadziwiającym postępem gospodarczym, technologicznym i kulturowym. USA stało się miejscem, w którym można spełnić swoje marzenia i stać się prawdziwie wolnym człowiekiem.

 

Przynajmniej tak zwykło się o tym kraju mówić w Europie. Założę się, że Indianie mają na ten temat odmienne zdanie.

 

***

 

Nie będę ukrywać, że nie podzielam zbiorowej fascynacji Polaków Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej. Coś mnie od tego miejsca odpycha, coś sprawia, że nie potrafię obdarzyć tego państwa takim entuzjazmem, jaki żywi do niego większa część populacji na całym świecie. Być może jest to właśnie kwestia Indian, być może problem niewolnictwa i dyskryminacji rasowej.

 

Tak więc nieco na przekór sobie zaczynam serię dedykowaną USA. Być może ona pomoże mi choć odrobinę zapałać sympatią do tego kraju. Taką mam przynajmniej nadzieję.

 

Na pierwszy ogień pójdzie wydana w zeszłym roku nakładem wydawnictwa Czarne książka Nowy Jork. Od Mannahatty do Ground Zero Magdaleny Rittenhouse.