703 Obserwatorzy
102 Obserwuję
literatkakawy

Literatka kawy.

Proza, poezja, architektura. Wrażenia z ostatnio przeczytanych książek, garść informacji z rynku wydawniczego oraz okazyjne wynurzenia literaturą inspirowane.

Teraz czytam

Bodo wsrod gwiazd
Anna Mieszkowska
Modernizmy. Architektura nowoczesności w II Rzeczypospolitej Tom 2. Katowice i województwo śląskie
Andrzej Szczerski, Zbigniew Kadłubek
Przeczytane:: 73/366 stron
Plantageneci. Waleczni królowie, twórcy Anglii
Dan Jones
Przeczytane:: 32/640 stron
Grobowiec Lenina
David Remnick
Przeczytane:: 84/580 stron

Wyznaję

Jaume Cabré

Marginesy, 2013

 

Ostatnio dużo pisałam o sposobie, w jaki komunikują się z nami przedmioty. W rozważaniach tych nie wspomniałam jednak o jednym bardzo ważnym aspekcie – o historii. Praktycznie w każdym domu można znaleźć rzecz, która jest dziedziczona z pokolenia na pokolenia, przechodzi z rąk do rąk. Każdy taki skarb jest drogocennym nośnikiem historii i chociaż przedmioty wyjątkowo niechętnie mówią o swoich dziejach, to jednak czasami swoim wyglądem zdradzają to i owo o poprzednich właścicielach (w tym zdecydowany prym wiodą książki).

 

Bogata historia literatury przyzwyczaiła nas do tego, że głównym bohaterem powieści jest człowiek, postać z krwi i kości, której działania, myśli i uczucia są motorem napędowym całego tekstu. Kataloński pisarz Jaume Cabré zdecydował się zerwać z tym oklepanym schematem i na pierwszy plan wysunął przedmiot. Bohaterem jego wydanego w zeszłym roku bestselleru są właśnie niepozorne, ponad 600-letnie skrzypce. To właśnie na nich skupia się akcja i to one napędzają całą narrację.

 

No dobrze, ale przecież skrzypce nie myślą, skrzypce nie czują. Jak więc mogą być bohaterem książki?

 

Tutaj z pomocą przychodzą nam wątki poboczne. Losy przedmiotu w dużej mierze pokrywają się z losem osób, w których posiadaniu się on znajdzie. Skrzypce z Wyznaję miały szczęście znaleźć się w rękach dość znacznej liczby osób, pośród których znajdziemy prawdziwie ciekawe i nie zawsze pozytywne figury. To właśnie wycinki z ich życia stanowią treść tej książki, na czele z dziejami jednego z ostatnich właścicieli - Adriana Ardèvola, pałającego miłością do książek i nauki języków syna barcelońskiego antykwariusza, którego losy stanowią drugą oś powieści.

 

Tak więc narracja opiera się na a) dziejach skrzypiec, b) życiu Adriana, c) losach pozostałych właścicieli instrumentu. Jakim sposobem autor uporał się z nagromadzeniem w ramach jednej, opasłej powieści tak wielu wątków, których spoiwem są jedynie skrzypce? Miał dwa wyjścia. Mógł albo poczęstować czytelnika przeplatanką rozdziałów i raz odnosić się do współczesności, a następnie kolejno sięgać po pozostałych bohaterów. Sposób przejrzysty, ale tym samym nieco zbyt oczywisty (pojawia się już na kartach klasyki, chociażby w Mistrzu i Małgorzacie Bułhakowa).  Cabré wpadł na nieco bardziej wysublimowany i dość zaskakujący sposób – poprowadził jedną narrację, w którą wmieszał poszczególne historie z dominacją dziejów Adriana i skrzypcami w tle. Żeby było ciekawiej, autor przeskakuje z opowieści do opowieści bez żadnego uprzedzenia, zamiast ogłaszać ‘a teraz przenosimy się do czasów II Wojny Światowej, proszę przestawić swoje myśli na właściwy tor’, on po prostu kontynuuje historię. I to dość niechronologicznie.

 

I tutaj zaczynają się problemy. Nie spotkałam jeszcze czytelnika, który na początku lektury nie czuł się zagubiony a nawet nieco zniechęcony czytanym tekstem. Wyznaję nie jest książką, którą można czytać do poduszki wpadając w stan błogiego relaksu. W przypadku tej powieści czytelnik musi cały czas mieć się na baczności, nigdy nie wiadomo, kiedy nastąpi zmiana realiów czasowych i z czasów inkwizycji przeniesiemy się do komory gazowej w Auschwitz. Czasami nie pojawia się nawet żaden wizualny znak oddzielenia i zmiana realiów następuje w tym samym akapicie. W pewnym momencie dochodzi nawet do tego stopnia, że dwa światy zaczynają się przenikać, zupełnie jakby prowadziły ze sobą dialog. Zabieg malowniczy i zapewne wprawi niejednego czytelnika w długotrwały stan osłupienia i konfuzji. Pomysł autora zasługuje na pochwałę i uznanie, jednak zdecydowanie nie ułatwia lektury czytelnikom. Oczywiście sam pisarz zdawał sobie sprawę ze stopnia w jakim skomplikował lekturę, dlatego na końcu zamieścił spis wszystkich postaci (bagatelka, to tylko kilka stron) wraz z podziałem na ‘micro’ opowieści, w których występują. Pomoc niby niepozorna, ale czasami bywa bardzo użyteczna.

 

Wyznaję, jak już wspominałam, stało się pewnym ewenementem. Jako jedna z niewielu pozycji, którym udaje się wdrapać na szczyt zestawień najlepiej sprzedających się książek, uzyskała również przychylne opinie krytyki. Oddana literaturze cześć mediów wystawiała Jaume Cabré tak piękne laurki, że autor w kilka miesięcy po premierze swojej pierwszej wydanej w Polsce pozycji, zawitał w naszym kraju. Nawet pod koniec roku, gdy emocje już opadły, powieść ta pojawiała się w większości zestawień podsumowujących mijający rok. Czy jest ona naprawdę tak genialna?

 

I tak i nie.

 

Rewolucyjny jest w niej sposób narracji. Podobnież jest on oparty na strukturze utworu muzycznego, jednak ja, wciąż ignorantka w zakresie teorii muzyki, oczywiście nie mogłam tego zauważyć. Jest to lektura wymagająca, która w pełni angażuje czytelnika i chociaż początki są trudne, to z czasem idzie się do tych przeskoków w czasie i przestrzeni przyzwyczaić. Z drugiej jednak strony musimy zwrócić uwagę na to, co wypełnia tą szaloną strukturę. Jak już wspomniałam, w warstwie fabularnej najwięcej miejsca poświęca autor historii Adriana, przez co całość zaczyna prezentować nam dobrze znany schemat bildungsroman. Na naszych oczach rozgrywa się całe życie bohatera, od lat najmłodszych, aż po schyłek życia przyćmiony chorobą Alzheimera.  Obserwujemy jego przyjaźnie, miłości, karierę zawodową i przede wszystkim rozwój intelektualny. Jest to historia wciągająca, momentami sentymentalna, jednak tak naprawdę w tym miejscu nie dzieje się nic, co zasługiwałoby na falę pochwał. Jakby nieco w kontrze do barwnego i fikuśnego opakowania, zawartość powieści jest bardzo tradycyjna i niestety przewidywalna. Nawet motyw zła towarzyszący czytelnikowi przez całą lekturę (zwłaszcza ujawniający się w migawkach z czasów inkwizycji i obozów koncentracyjnych oraz w samej nazwie skrzypiec), wydaje się być jakoś stłamszony przez natłok zabiegów, jakie włożył autor w swoje dzieło. Cabré był ambitny w swojej pracy, jednak nie zawsze im więcej, tym lepiej. Czasami może zakończyć się to czymś na kształt przerostu formy nad treścią.

 

Wyznaję to książka dobra, ale nie przesadzałabym z jej wychwalaniem pod niebiosa. Znajdziemy tutaj ambitną formę, ciekawą, choć tradycyjną opowieść oraz wiele celnych spostrzeżeń, które niczym zapalony wędkarz w środku zimy czytelnik musi wyławiać z niewielkiego przerębla ciemnej otchłani fabuły. Jest to pozycja zajmująca, choć jej lektura, zwłaszcza przez pierwsze kilkadziesiąt stron, nie należy ani do łatwych, ani przyjemnych. Polecam ją czytelnikom świadomym, którym nie straszne są ani zabiegi postmodernizmu ani długie lektury (768 stron to dość sporo).

 

A na koniec pragnę pogratulować udanego przekładu pani Annie Sawickiej – praca nad tak skomplikowanym kolosem na pewno nie należała do najlżejszych.