703 Obserwatorzy
102 Obserwuję
literatkakawy

Literatka kawy.

Proza, poezja, architektura. Wrażenia z ostatnio przeczytanych książek, garść informacji z rynku wydawniczego oraz okazyjne wynurzenia literaturą inspirowane.

Teraz czytam

Bodo wsrod gwiazd
Anna Mieszkowska
Modernizmy. Architektura nowoczesności w II Rzeczypospolitej Tom 2. Katowice i województwo śląskie
Andrzej Szczerski, Zbigniew Kadłubek
Przeczytane:: 73/366 stron
Plantageneci. Waleczni królowie, twórcy Anglii
Dan Jones
Przeczytane:: 32/640 stron
Grobowiec Lenina
David Remnick
Przeczytane:: 84/580 stron

(Zanikający) język ludzi

 

Ostatnio było dużo na temat mowy otaczających nas przedmiotów. Dziś skupimy się na mowie ludzkiej, a raczej na pewnym regresie, jakiego doświadcza w XXI wieku nasza komunikacja.

 

Zwróciłam uwagę na e-maile, które wymieniam z moimi znajomymi. Suche informacje, obdarte z uczuć i refleksji, sprowadzające się do przekazania odbiorcy komunikatu w prosty i bezpośredni sposób. Z żalem pomyślałam o czasach, w których mówiło się o poczcie elektronicznej jako substytucie tej tradycyjnej formy wymiany informacji. Kiedy sięgnęłam myślą do pisanych na papierze długich listów (nawet tych z drugiej połowy XX wieku), ogarnęło mnie niemałe zmieszanie, patrząc na takie twory, jak chociażby ten:

 

Hej Magda,

Wyślesz mi XYZ? Będę Ci wdzięczny/wdzięczna.

Pozdrawiam

/tutaj podpis/

 

Tekst niby ma formę listu. Adresat na początku bezpośrednio zwraca się do odbiorcy, całość kończy pozdrowieniami oraz swoim podpisem (zupełnie jakby wcześniej nie wyświetliła mi się informacja, od kogo dostałam wiadomość). Pojawia się nawet duża litera w zwrocie grzecznościowym. Jest wszystko, tylko brak zawartości. Dwa nędzne zdania zostały obudowane zwrotami, które próbują wmówić odbiorcy, że właśnie dostał list. Tylko czy takie coś, możemy określić takim mianem?

 

Przeprowadziłam więc ostatnio niewielki eksperyment. Wysłałam do moich znajomych wiadomości, w których zamiast zakomunikować im wprost o co mi chodzi, postanowiłam pobawić się nieco z formą i nieco ubarwić zdawkowe komunikaty. Przede wszystkim zdecydowałam się dodać tu i ówdzie kilka nic nie wnoszących środków stylistycznych, figur retorycznych oraz szczyptę ironii – jednym słowem wypchać tekst tzw. watą słowną. Nie wiedzieć kiedy mój tekst rozrósł się do dość pokaźnych rozmiarów (przynajmniej w porównaniu z powyższym przykładem), bardziej przypominając stary, dobry list, niż współczesny e-mail. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że im dłuższa była wiadomość, tym krótszą odpowiedź otrzymywałam, zdarzało się również, że nie otrzymywałam żadnej informacji zwrotnej. Bywa.

 

Wnioski?

 

a) Część osób, zwłaszcza ci, którzy moją wiadomość zignorowali, być może pomyśleli, że pisząc tekst takiej długości, tak skomplikowanym językiem, który bardziej pasuje do świata literatury, niż codziennej komunikacji, cierpiałam na brak trzeźwości umysłu (nie ważne już, czym mógł być on spowodowany). A nie od dzisiaj wiadomo przecież, że z takimi osobami w dyskusje się nie wdaje.

b) Nie wiedzieli, jak zareagować, więc zdecydowali się na zachowawczy minimalizm.

c) Moim odbiorcom nie chciało się przeczytać tekstu.

 

Wszystkie opcje wydają się być całkiem prawdopodobne, jednak ja skupię się na tej ostatniej, która wprowadza największe spustoszenie we współczesnym społeczeństwie.

Nie tylko wolimy tworzyć precyzyjne komunikaty, jesteśmy również nastawieni na otrzymywanie informacji zwrotnej w podobnie, zwięzłej formie. Dłuższa wiadomość wprawia nas już w zakłopotanie. Nie dość, że żyjemy w biegu, to jeszcze nasz zakres uwagi nieubłaganie kurczy się do rozmiarów typowych dla średnio rozgarniętego przedszkolaka.

 

A skoro cofnęliśmy się już do pierwszych etapów edukacji, spójrzmy, jak szkoła reaguje na zachodzące w społeczeństwie zmiany.

 

W szkole podstawowej zatrważająca liczba dzieci ma zdiagnozowane ADHD i zadaniem nauczyciela jest planowanie lekcji w taki sposób, aby jak najczęściej zmieniać rodzaj aktywności klasy. Wkrótce zajęcia z języka angielskiego w klasie pierwszej będą wyglądały w następujący sposób:

 

Dzieci, usiądźcie i napiszcie literkę ‘c’. Brawo! Teraz wstańcie i podskoczcie trzy razy na jednej nodze. Świetnie! Teraz napiszcie literkę ‘a’. Idealnie! Pokolorujcie kółeczko na żółto. A teraz napiszcie ‘t’. ‘c-a-t’, pierwszy wyraz już mamy! Teraz posłuchajcie pierwszej części historyjki, pokolorujcie kwadrat na czerwono, zróbcie dwa przysiady i napiszcie ‘d’.

 

Zamiast próbować skupić uwagę dziecka na jednym dłuższym zadaniu, nauczyciel daje mu przyzwolenie na zmianę zajęć w tempie, w którym niejeden epileptyk poczułby potrzebę nagłego opuszczenia pokoju. Można jednak na te zabiegi przymknąć oko, w końcu to tylko dzieci, kiedyś z tego wyrosną.

 

Osoby dbające o wygląd matury z języka angielskiego stwierdziły, że jednak niemożność skupienia się ucznia na jednej, monotonnej czynności nie znika z wiekiem i uwidacznia się nawet u osiemnasto- i dziewiętnastolatków. Dotychczasowy format matury okazał się być już przestarzały, więc należało wprowadzić w nim pewne zmiany. W części sprawdzającej rozumienie tekstów pisanych od 2015 roku zamiast trzech dłuższych tekstów (ok. 1,5 strony A4), uczniowie otrzymają teraz kilka krótszych i bardziej różnorodnych form. Zdaniem ekspertów jest to logiczne, ponieważ młodzież nie potrafi skupić się na dłuższym, monotonnym tekście (w dodatku bez obrazków!). Ponieważ nikt nie pisze obecnie długich tekstów, wypowiedź pisemna również uległa redukcji. Zniknął krótki tekst użytkowy (ogłoszenie, zaproszenie itp.), natomiast limit słów tekstu długiego z 120-150 słów spadł do 80-130. Przecież to jest takie logiczne, kto w erze Twittera pisze jeszcze teksty dłuższe, niż 140 znaków?

 

W tym samym czasie minister kultury ubolewa nad tym, że w Polsce praktycznie nikt nie czyta książek. No ale jak mamy czytać tak długie teksy (200 stron, lektura tej książki zajmie mi wieczność!), w których w dodatku tak mało się dzieje? Zdarza się, że całą stronę zajmuje jakiś opis i nie pojawia się na niej żaden dialog. Nuda!

 

Znalazłam rozwiązanie: poezja. Wiersze są krótkie i czasami bywają dość zróżnicowane, nie tylko pod względem treści, ale również i formy. Tylko tutaj pojawia się kolejny problem – zdolność myślenia abstrakcyjnego powoli zaczyna zanikać, a bez tego niestety czytanie wierszy jest pozbawione kompletnie sensu.

 

Dobrze, możemy przyjąć, że obecnie ludzie nie mają czasu na prowadzenie dyskusji na bardziej wysublimowane tematy. Tylko jak wytłumaczyć fakt, że osoby, które przez piętnaście minut są w stanie mówić o wyczynach polskich sportowców, lub opisywać z najdrobniejszymi szczegółami przebieg ostatnich zakupów (tutaj relacja może trwać nawet 30 min), spytane o temat wymagający pobudzenia szarych komórek, nawet jeśli związany jest z przedmiotem ich studiów, albo odpowiadają zdawkowo, albo nagle przypominają sobie, że bardzo im się spieszy i kończą rozmowę. W ich oczach każdy, kto zajmuje się sprawami abstrakcyjnymi (najlepiej filozofią) to pomyleniec, osoba skazana na stracenie do której najlepiej się nie zbliżać. Niestety, zajmowanie się literaturą również zalicza się do takich odchyłów. Ilekroć mówię, że prowadzę bloga (a nie czynię tego zbyt często), spotykam się z żywym zainteresowaniem mojego rozmówcy. W momencie, w którym padają słowa, że zamieszczam na nim treści dotyczące literatury, zaciekawienie zastępuje coś na kształt wyrazu współczucia i rozczarowania. No cóż, szafiarki cieszą się znacznie lepszymi względami w społeczeństwie. W końcu piszą na tematy praktyczne, a większą część ich wpisów stanowią zdjęcia.

 

W mojej głowie rodzi się więc pytanie – jak będzie wyglądała komunikacja międzyludzka za 50 lat? Nie zdziwiłabym się, gdybyśmy powrócili do języka obrazkowego (oczywiście nie będzie to własna żmudna twórczość, tylko kopiuj-wlej), bo do tego cały czas uparcie zmierzamy. Już dzisiaj zamiast wyrazić słownie swoje emocje, wolimy wkleić bodziec wizualny w postaci zabawnego mema – łatwe zarówno w wykonaniu, jak i w odbiorze. Z drugiej strony, może jednak w końcu ktoś powie ‘dość’, nastąpi pewna rewolucja i długie, wymyślnie skonstruowane komunikaty powrócą do łask. Mało prawdopodobne, aczkolwiek historia lubi zaskakiwać.

 

Na koniec kilka słów wyjaśnienia: oczywiście nie wszyscy są tacy, zdarzają się osoby z którymi wciąż można inteligentnie porozmawiać na różne tematy i które są w stanie przeczytać liczącą 600 stron książkę. Nie twierdzę również, że ja jestem idealna i że zachodzące zmiany w społeczeństwie spływają po mnie jak po kaczce. Również cierpię na problem ze skupieniem się na wykonywaniu jednej czynności, jednak ponieważ wciąż jestem w stanie wyprodukować tak przydługawy tekst jak ten,  to chyba nie jest jeszcze ze mną tak najgorzej.

 

A tak swoją drogą to jestem ciekawa, ile osób dobrnęło do końca tego monotonnego, pozbawianego bodźców wizualnych (obrazki!) tekstu. Ba, jestem ciekawa, ile osób widząc jego długość w ogóle zdecydowało się na rozpoczęcie lektury.