703 Obserwatorzy
102 Obserwuję
literatkakawy

Literatka kawy.

Proza, poezja, architektura. Wrażenia z ostatnio przeczytanych książek, garść informacji z rynku wydawniczego oraz okazyjne wynurzenia literaturą inspirowane.

Teraz czytam

Bodo wsrod gwiazd
Anna Mieszkowska
Modernizmy. Architektura nowoczesności w II Rzeczypospolitej Tom 2. Katowice i województwo śląskie
Andrzej Szczerski, Zbigniew Kadłubek
Przeczytane:: 73/366 stron
Plantageneci. Waleczni królowie, twórcy Anglii
Dan Jones
Przeczytane:: 32/640 stron
Grobowiec Lenina
David Remnick
Przeczytane:: 84/580 stron

O czym mówią krzesła?

 

Krzesło. Założę się, że znaczna część osób, które czytają ten tekst znajduje się właśnie w bezpośrednim kontakcie z powierzchnią owego przedmiotu. Chcąc nie chcąc spotykamy się z nim każdego dnia i prawdopodobnie jedynie podróżnicy przecierający szlaki w tropikalnych dżunglach, na gorących pustyniach, czy skutych lodem pustkowiach, od dawna go nie widzieli. Krzesło spowszechniało nam już do tego stopnia, że przeważnie nie zwracamy na nie już najmniejszej uwagi. Tymczasem każdy przedstawiciel tego gatunku cały czas do nas mówi. Dużo i ciekawie.

 

Ale co takiego ważnego może zakomunikować nam mebel? Jakby nie było, jest to przedmiot, a co za tym idzie, władanie słowami nie jest jego mocną stroną. Krzesło komunikuje się więc całym sobą, swoim wyglądem mówi nam o swojej funkcji, która wcale nie zamyka się w definicji „przedmiot do siedzenia”.

 

 

Zacznijmy odważnie i sięgnijmy po jedno z najbardziej nonszalanckich i ekskluzywnych krzeseł – tron. Jak wiadomo siedzisko to służyło królowi (oraz ewentualnie jego małżonce), więc musiało oczywiście swoim wyglądem korespondować z rangą jego właściciela. Masywny mebel, bogato zdobiony, wykonany z najlepszego gatunku drewna, często z dodatkiem złota. Choć pierwsze trony były dość proste pod względem budowy, to z czasem dodano do nich obicie, mięciutkie poduszeczki, dzięki którym władca mógł bez problemu siedzieć na nim w czasie długich audiencji. Nie bez znaczenia było również miejsce jego umieszczenia, przeważnie znajdował się on w centralnej części sali, nierzadko na podwyższeniu dla jeszcze wyraźniejszego zaakcentowania dominacji nad przyklękającymi przed obliczem dumnego władcy poddanymi. Ten mebel szybko awansował do rangi symbolu władzy i do dziś mówiąc, że ktoś „zasiadł na tronie” nie mamy na myśli samej czynności siadania, lecz objecie władzy przez monarchę.

 

 

Obecnie trony nie są już potrzebne w swojej tradycyjnej funkcji. Monarchowie zasiadają na nich jedynie w czasie uroczystych ceremonii i tylko po to, by nawiązać do kultywowanej tradycji. Mebel ten wraz ze swoją otoczką, był jednak zbyt nęcący, by mógł odejść w zapomnienie. Dokonała się ewolucja i dzisiaj, w XXI wieku, na tronach zasiadają prezesi i dyrektorzy, którzy właśnie za sprawą tak banalnej rzeczy jaką jest siedzisko, chcą podkreślić rangę piastowanej funkcji (bądź ją nieco podkolorować). Ten współczesny władca korporacji zasiada na tronie wyścielanym skórą (lub jak to się częściej zdarza – materiałem ją przypominającym), pod którą kryje się amortyzująca pianka. Siedzisko, tak jak prezes, musi być mobilne, więc do nóżek zostały przytwierdzone maleńkie kółka. Bardziej majętny właściciel zaopatrzy się w tron z ukrytą funkcją masażu – nie ważne, czy kiedykolwiek z niej skorzysta – ważne, że jest. Kolor – koniecznie czarny! W końcu tylko taki kojarzy się z profesjonalizmem, prawda?

 

Na jakim krześle usiądzie petent? W zależności od rangi i zasobów portfela prezesa może to być jakieś komfortowe siedzisko, lub zwykłe plastikowe krzesełko. Ważne, żeby było mniejsze i mniej okazałe od zajmującego pół pomieszczenia tronu władcy.

 

Podobnej sytuacji doświadczamy w kościele. Siedzisko, na którym zasiada ksiądz przeważnie wyglądem przypomina coś na kształt mniej lub bardziej wykwintnego tronu. Klęcznik na którym składa kolana jest wyposażony w obitą czerwonym materiałem poduszeczkę. A wierni? No cóż, muszą się pogodzić z twardymi ławkami i niewygodnymi klęcznikami, które w przypadku wielu osób pełnią jednocześnie funkcję podnóżka (pomysł ryzykowny, zwłaszcza w czasie pory deszczowej). Jednak można zaobserwować, że w coraz większej ilości świątyń na ławkach pojawia się warstwa materiału à la wykładzina dywanowa, która ma na celu nieco zredukować ból i odczucie zimna. Choć wygląda niepozornie, to jednak zmiany które powoduje są znaczne.

 

Przenieśmy się do innej znanej nam wszystkim instytucji, jaką jest szkoła. Przypuszczam, że większość czytelników niniejszego tekstu dzieli ze mną traumatyczne przeżycia związane z poniższym siedziskiem.

 

 

Spędzając pół dnia w bliskim kontakcie z drewnianą deską można było poczuć się jak postać z średniowiecza, dla której drewniana ława była szczytem komfortu. Krzesełko to, pomimo swoich stosunkowo niewielkich rozmiarów, było sprzętem wyjątkowo niebezpiecznym, zwłaszcza dla dziewczęcych rajstop, w których po zetknięciu ze spodnią powierzchnią mebla niespodziewanie pojawiały się oczka, jak również dla stóp przygniecionych ciężką metalową nogą. Chociaż dziś wydaje mi się to dziecinne proste, to jednak zarzucanie krzesełka na ławkę po skończonych zajęciach (żeby paniom sprzątaczkom żyło się lepiej) było nie lada wyczynem dla dziesięcioletniego chucherka, jakim niegdyś byłam.

 

Czy osoba, która wprowadziła niewygodne krzesełka do szkół planowała zamach na polskie szkolnictwo, licząc na rychły bunt braci uczniowskiej? Niekoniecznie. Krzesełka oczywiście były zaprojektowane w taki sposób, żeby dziecko siedziało w miarę prosto, wszystkie krzywizny i wygięcia miały mu to ułatwić. Każde siedzisko różniło się nieco pod względem rozmiaru, dzięki czemu każdy uczeń mógł dobrać sobie to jedno odpowiadające jego wzrostowi. O ile oczywiście chciało mu się przeczesywać całą klasę i zadawać innym pytania o wymianę krzesełka, co niekoniecznie spotykało się z aprobatę nauczyciela. Całe szczęście ten typ siedzisk odchodzi do lamusa (powoli, ale zawsze) i zostaje zastąpiony przez lżejsze, plastikowe odpowiedniki.

 

A skoro już jesteśmy w klasie – na czym siedzi nauczyciel? No właśnie, jako osoba posiadająca władzę, ma również lepsze siedzisko. Nie dość, że jest wyższe, to jeszcze czasami nawet obite materiałem i poruszające się na kółkach. Prawdziwy luksus!

 

Zajrzyjmy do naszych kuchni. Jakie krzesła towarzyszą wam w codziennym rytuale spożywania posiłków? Zakładam, że są to siedziska proste, drewniane, bądź wyposażone w metalowe elementy. Bez materiałowego obicia, bądź z pianką pokrytą mało wyszukanym, skóro-podobnym materiałem. Nic ekskluzywnego. Dlaczego? W końcu siadamy na nich codziennie, tak więc powinny być to sprzęty wytrzymałe, a jak wiadomo jakość nie zawsze idzie w parze z elegancją. W kuchni również nietrudno jest o zabrudzenia (ach ten niesforny ketchup!), tak więc wybieramy takie meble, które będziemy w stanie utrzymać w czystości. Inaczej sytuacja prezentuje się w pokoju gościnnym/jadalni. Tutaj, jak sama nazwa wskazuje, przyjmujemy gości, a co za tym idzie chcemy pochwalić się kunsztownym wystrojem. Dlatego krzesła które tutaj znajdziemy będą wyposażone w fikuśne rzeźbienia rodem z gotyku oraz eleganckie obicie, najlepiej z jakimś bliżej nieokreślonym wzorem. Muszą to być meble wygodne, w końcu nie chcemy, żeby goście uciekali od nas masując się po plecach oraz innych miejscach bezpośrednio stykających się z powierzchnią mebla (chyba, że chcemy – wtedy możemy przynieść kilka krzesełek z pobliskiej szkoły).

 

 

Na czym siedzicie obecnie? Zakładając, że czytacie ten tekst na ekranie monitora przypuszczam, że jest to krzesło obrotowe, niezbędny element każdego pokoju, w którym tylko znajduje się komputer. Zaprojektowane z myślą o pracy w biurze, zapewniają nam pełną swobodę ruchów oraz przemieszczanie, oczywiście na niewielkie odległości (niewielkie to oczywiście pojęcie względne). Pracując w biurze możemy swobodnie okręcić się w kierunku siedzącego za nami współpracownika i spytać się o wspólne wyjście na lunch, bez zbytniego nadwyrężania kręgosłupa, zwłaszcza w odcinku szyjnym. A jeśli o kręgosłup chodzi, to większość modeli posiada regulowane oparcie, na niektórych możemy nawet bujać się niczym w fotelu na biegunach. Czego się nie robi dla zdrowia!

 

 

Są jeszcze krzesła, które służą raczej do podziwiania, niż do siadania. I nie mówię jedynie o tym egzemplarzach odgrodzonych grubą liną i strzeżonych przez przyczajone w kącie strażniczki dóbr muzealnych. Niech za przykład posłuży nam Red and Blue Chair projektu Rietvelda. Chociaż śmiało można wstawić sobie je do pokoju (a raczej jego liczne podróbki) i spędzać w nim całe dnie, to jednak gdzieś podświadomie czujemy, że obcujemy z czymś, czemu bliżej jest do dzieła sztuki (designu), niż do zwykłego mebla.

 

Oczywiście w taki sposób przemawiają do nas również inne meble, jak również przedmioty codziennego użytku. Świadczą nie tylko o sobie, czy o ich producencie, ale przede wszystkim o swoim właścicielu. A co jeszcze ciekawego możemy od nich usłyszeć? O tym możemy dowiedzieć się z wydanej niedawno przez wydawnictwo Karakter książce Deyana Sudjica Język rzeczy, której recenzja pojawi się tutaj już wkrótce.