703 Obserwatorzy
102 Obserwuję
literatkakawy

Literatka kawy.

Proza, poezja, architektura. Wrażenia z ostatnio przeczytanych książek, garść informacji z rynku wydawniczego oraz okazyjne wynurzenia literaturą inspirowane.

Teraz czytam

Bodo wsrod gwiazd
Anna Mieszkowska
Modernizmy. Architektura nowoczesności w II Rzeczypospolitej Tom 2. Katowice i województwo śląskie
Andrzej Szczerski, Zbigniew Kadłubek
Przeczytane:: 73/366 stron
Plantageneci. Waleczni królowie, twórcy Anglii
Dan Jones
Przeczytane:: 32/640 stron
Grobowiec Lenina
David Remnick
Przeczytane:: 84/580 stron

W stronę architektury

W stronę architektury - Le Corbusier, Tomasz Swoboda

Le Corbusier

Centrum Architektury, 2012

 

Modernizm jest zły - takie twierdzenie miałam wpajane przez ostatni rok. Ostatnie tchnienie wielkich narracji, ostatnia próba przemycenia wielkich myśli i idealistycznych, utopijnych koncepcji. Styl w architekturze, który dał nam bryły obdarte z wszelkich dekoracji, identyczne segmenty. I wreszcie ta niebezpieczna wisienka na szczycie tortu – inżynieria społeczna i flirt z totalitaryzmem. Całe szczęście ludzie się zbuntowali, zdemolowali wielkie osiedla i rozpoczęli cudowną erę postmodernizmu, w której wreszcie mogli budować co chcą i jak chcą.

 

Na kilka dni przed obroną przeczytałam Uczyć się od Las Vegas, tekst, w którym Robert Venturi ostro krytykował idee modernizmu polemizując z jego czołowym przedstawicielem, szwajcarskim architektem Le Corbusierem. Uwierzyłam mu, jednak w mojej głowie zaczęły pojawiać się też pewne wątpliwości. Patrząc na stan dzisiejszej architektury zaczęłam się zastanawiać, czy postmodernizm ze swoją anarchistyczną ideologią jest na pewno dobrym pomysłem. Czy ten stonowany i zachowawczy modernizm był naprawdę aż taki zły?

 

Całe szczęście, dzięki staraniom Centrum Architektury, rok temu na polskim rynku pojawiło się przetłumaczone dzieło tego (nie)sławnego Le Corbusiera. Wydany w 1923 roku tom W stronę architektury to zbiór refleksji wciąż młodego,  choć już docenionego architekta, który postanawia podzielić się z szerszym gronem odbiorców swoimi obserwacjami dotyczącymi współczesnej mu architektury.

 

Przenieśmy się więc do roku 1923. Jakie budowle Corbusier widział na ulicach europejskich miast? No cóż, w dalszym ciągu prym wiódł eklektyzm cytujący wszystkie dostępne style poprzednich lat (najczęściej chyba gotyk z jego pięknymi, strzelistymi wieżyczkami) oraz secesja, pokrywająca kamieniczki bogactwem zdobień. Jak każdy przedstawiciel młodego pokolenia, nasz bohater musiał oczywiście przeciwstawić się starszej, wielbiącej ornament generacji. W ramach odsieczy zaproponował nowe rozwiązania, z których część zawarł właśnie w swojej książce. Otwiera ją dość odważne stwierdzenie:

 

Estetyka inżynierska i Architektura – dwa nierozłączne zjawiska: jedno w pełnym rozkwicie, drugie w straszliwym regresie.

 

O ile architektura dreptała w miejscu, ta inna, nieco konkurencyjna dziedzina, zrobiła milowy krok naprzód. Inżynierowie, w przeciwieństwie do architektów, zajmowali się projektowaniem konstrukcji typowo użytkowych (no dobrze, pomińmy Wieżę Eiffla), wykonanych z najnowszych materiałów (stal oraz ulubiony beton), prostych i funkcjonalnych. To właśnie ich Corbusier wskazywał jako źródło inspiracji, całkowite zaprzeczenie przaśnego i jarmarcznego stylu dominującego do tej pory w architekturze. Fascynowały go silosy, parowce, samoloty i samochody i to właśnie one miały wytyczyć nowe, minimalistyczne i do granic możliwości funkcjonalne trendy w architekturze. Nie znaczy to jednak, że całkowicie odciął się on od bogatej historii architektury. Wręcz przeciwnie, nasz bohater podziwia również harmonię i prostotę budowli antycznych, pochodzących ze starożytnej Grecji oraz Rzymu.

 

Relikty starożytności i samochody - funkcjonalność, harmonia i piękno.

 

Twierdzenie to jest jedynie punktem wyjścia do licznych koncepcji autora. Nieco dalej pada jego słynne twierdzenie, że „dom to maszyna do mieszkania”, która powinna być w pełni funkcjonalna (ściany przesuwne! płaskie dachy!) i pozbawiona wszelkich niepotrzebnych elementów (precz ze zbierającymi kurz bibelotami!). W innym miejscu zaczyna robić się już nieco niebezpiecznie, autor proponuje tą niesławną ideę produkcji domów seryjnych, która miała wyeliminować indywidualizm, kilka lat później brawurowo odzyskany przez postmodernistów. Wreszcie zaskakuje zadziwiającym pomysłem budowy ‘miast wieżowców’ i innymi urbanistycznymi rozwiązaniami, które wówczas nie miały szans na zaistnienie w kształcie zaproponowanym przez autora (miasto wsparte na słupach - nawet teraz brzmi to futurystycznie) . Jednak wbrew temu, co mu się powszechnie zarzuca, W stronę architektury nie zdradza żadnych oznak szaleństwa, czy woli tworzenia totalitarnych systemów. Corbusier jawi się tutaj raczej jako osoba zachłyśnięta nowoczesnymi rozwiązaniami, które na zawsze mają zmienić architekturę. Uważnie wczytując się w jego argumenty, niestety trzeba oddać mu sporo racji (nawet w przypadku obdzierających nas z indywidualizmu domów seryjnych). Warto również zaznaczyć, że nie był w tym osamotniony, towarzyszyli mu inni znani i doceniani architekci (chociażby Mies van der Rohe czy Walter Gropius), którzy wyznawali podobne zasady.

 

Betonowe osiedle

 

No dobrze, ale po co nam ta książka w XXI wieku, 89 lat po jej oficjalnej premierze? No cóż, historia lubi się powtarzać i wygląda na to, że zatacza właśnie koło. Czy nie odczuwamy podobnej irytacji otaczającą nas przestrzenią do tej, która spędzała sen z oczu Corbusiera? Jeśli weźmiemy pod uwagę nadciągający zmierzch ery postmodernizmu, W stronę architektury ukazało się w momencie wprost idealnym. Co prawda zmieniły się modele samochodów i już nikt nie zachwyca się parowcami (śmiem przypuszczać, że elewatory zbożowe również wyszły z mody, chociaż nigdy nic nie wiadomo), jednak wydaje mi się, że odpowiednio odświeżone idee Corbusiera mogą zostać ponownie zastosowane w budownictwie. Przynajmniej niektóre z nich.

 

Chociaż W stronę architektury powstało z myślą o architektach (konkretnie o „Panach architektach” – feministki, do boju!), to jednak polecam tę publikację wszystkim. Z jednej strony możemy na chwilę cofnąć się do tych wspaniałych lat dwudziestych, z drugiej możemy wyczytać również wiele prawdy dotyczącej czasów nam współczesnych. Warto jest również zweryfikować idee, które głosili przedstawiciele modernizmu, zamiast bezgranicznie wierzyć piewcom postmodernizmu. Prawda jest taka, że każdy z nich ma rację i każdy z nich się myli. Ale to już zupełnie inna kwestia.

 

Na koniec słowo o polskim wydaniu książki: jej forma idealnie koresponduje z oryginalną publikacją. Ta sama typografia, to samo rozmieszczenie tekstu. Całość jest oczywiście bogato ilustrowana zdjęciami oraz szkicami omawianych konstrukcji i budowli. W stronę architektury dopełnia krótki esej „Oczy Le Corbusiera” autorstwa pani profesor Marty Leśniakowskiej oraz  list autora do Charles’a L’Eplatteniera. Książka ukazała się w serii Fundamenty, która niedawno powiększyła się o kolejne dzieło Le Corbusiera Kiedy katedry były białe oraz o zbiór esejów Adolfa Lossa Ornament i zbrodnia.