703 Obserwatorzy
102 Obserwuję
literatkakawy

Literatka kawy.

Proza, poezja, architektura. Wrażenia z ostatnio przeczytanych książek, garść informacji z rynku wydawniczego oraz okazyjne wynurzenia literaturą inspirowane.

Teraz czytam

Bodo wsrod gwiazd
Anna Mieszkowska
Modernizmy. Architektura nowoczesności w II Rzeczypospolitej Tom 2. Katowice i województwo śląskie
Andrzej Szczerski, Zbigniew Kadłubek
Przeczytane:: 73/366 stron
Plantageneci. Waleczni królowie, twórcy Anglii
Dan Jones
Przeczytane:: 32/640 stron
Grobowiec Lenina
David Remnick
Przeczytane:: 84/580 stron

Radości

Radości - Grzegorz Kwiatkowski

Grzegorz Kwiatkowski

Biuro Literacki, 2013

 

Czas na ostatnie (przynajmniej na razie) spotkanie z poezją Grzegorza Kwiatkowskiego. Tym razem pod lupę wezmę jego najnowszy tomik, czyli wydane na początku tego roku Radości.

 

Na początku przypomnijmy sobie, jak wyglądała twórczość Kwiatkowskiego w trzech wcześniejszych tomikach: było smutno i przygnębiająco. Temat przewodni – śmierć, ból, okrucieństwo (zazwyczaj będące sprawką drugiego człowieka). Wiersze były napisane poprawnie, forma standardowa. Obyło się bez wielkich metafor rozmywających esencję wiersza, większość łatwo poddawała się interpretacji. Tak było kolejno w latach 2008, 2009, 2010

 

Czy w ciągu tych kilku lat coś się zmieniło?

Nie.

Przynajmniej nie drastycznie.

 

radości


wiosną wędrowaliśmy z bratem po lasach
żeby pozbierać i zakopać zdechłe sarny
które nie przeżyły zimy
albo wpadły w sidła
i wykrwawiły się

to były nasze najpiękniejsze lata:
taczka pełna sosnowych gałązek i smugi krwi
i uczucie radości po dobrze wykonanej robocie

 

Kwiatkowski nadal porusza tematy, które z jednej strony wydają się być specjalnością naszego narodu (i za które można zgarnąć naprawdę prestiżowe nagrody), natomiast z drugiej mogą nie przypaść do gustu tym wrażliwszym czytelnikom, którzy od wiersza oczekują piękna w jego klasycznej postaci. W nieco przewrotnie zatytułowanych Radościach nadal obracamy się w kręgu śmierci, brutalności, zahaczając również o wojnę i holocaust. Jednym słowem pod względem treści mamy kontynuację trylogii.


Buzia Wajner, ur. 1937 zm. 1943

miałam sześć lat kiedy mnie zabito
a moja siostra Szulamit lat cztery

po stracie rodziców włóczyłyśmy się w okolicach Rokitna:
nauczyłyśmy się spać na polu
a z czasem zakradałyśmy się do obory
i piłyśmy z sutków krowy mleko
nie miałyśmy kalendarza

więc nie wiedziałyśmy kiedy przypada data naszych urodzin
dlatego przez pomyłkę obchodziłyśmy na pewno więcej
niż raz w roku
to smutne święto

 

Podobieństwa do trylogii nie kończą się jedynie na tematyce utworów. Technicznie stanowią one również dalszy ciąg wcześniejszej twórczości Kwiatkowskiego. Podmiotem lirycznym jest nadal mniej lub bardziej anonimowa postać. Z tych bardziej znanych pojawia się tutaj chociażby Catherine Blake, żona Williama Blake’a, angielskiego poety doby romantyzmu. Spotkamy również dwóch skoczków narciarskich, tragicznie zmarłego Ernesta Beckera-Lee oraz trzykrotnego medalistę Waltera Steinera. W tytułach niektórych wierszy ponownie pojawiają się daty urodzin i śmierci, jest również znana z poprzednich tomików kolejna „lekcja estetyki”. Jednym słowem nadal poruszamy się znanymi ścieżkami wydeptanymi przez wcześniejsze utwory autora.

 

Moment. Czyli mamy do czynienia z odgrzewanym kotletem?

Niezupełnie.

 

W Radościach znajdziemy więcej ‘ości’ niż w poprzednich tomikach Kwiatkowskiego (zwłaszcza w porównaniu z Przeprawą). Jest makabrycznie, znacznie bardziej okrutnie. Robiąc krótkie notatki* oddające moje odczucia towarzyszące każdemu z wierszy, częściej niż ‘smutne’ pojawiało się słowo ‘straszne’. Tak było chociażby w przypadku "Zajęcy", gdzie pojawiają się "skrwawione włosy matki / z odpryskami mózgu", Pisane autora staje się bardzo obrazowe, co w odniesieniu do poruszanej tematyki niesie za sobą niebezpieczeństwo podziwiania nieprzyjemnych widoków. Co staje się wyjątkowo groźne, gdy do głosu dochodzą nie tylko ofiary, ale również i oprawcy. Głosy nie opowiadają już historii lecz kładą nacisk na oddanie stanu wewnętrznego. Dlatego też zebrane tutaj wiersze nie są już tak dosłowne jak bywało to wcześniej (choć wciąż pozostają zrozumiałe) a ich forma uległa znacznej kondensacji.

 

Czy warto sięgnąć po Radości? Dla wielu czytelników temat śmierci czy wojny jawi się jako obszar do cna wyeksploatowany i po części mają oni rację – w końcu przez ostatnie 73 lata stanowił on ważny element składający się na całokształt polskiej sztuki (a może nawet jeszcze dużej, zwłaszcza, jeśli cofniemy się do czasów ‘Polski - Chrystusa narodów’). Nie dziwię się więc, że niektórzy chcą zamknąć ten rozdział, w końcu ile można pisać o tym samym. Kwiatkowski zalicza się jednak do tej grupy przedstawicieli świata sztuki, którzy nieco na przekór mówią, że można. Wystarczy tylko odrzucić patos i ton ‘bogoojczyźniany’, podejść do zagadnienia z nieco innej strony. Zgodnie z postanowieniami postmodernizmu wymknąć się wielkiej narracji po to, by wyrazić swój własny, odrębny głos.

 

A więc tak, po Radości warto sięgnąć. Są to wiersze okrutne, ale w dużym stopniu również prawdziwe (w końcu śmierć wcale nie jest tak piękna, jak próbowali nam to wmówić poeci wielu poprzednich generacji). Wiersze, w których autor prezentuje pewne kontrowersyjne sytuacje, jednak unika ich oceny – co bezsprzecznie jest jedną z największych zalet jego twórczości. Może nie jest to jeszcze poezja przez duże „P” i w niektórych miejscach pojawiają się jeszcze drobne zgrzyty, jednak mimo wszystko Radości są tomikiem, którego lektura wywiera na czytelniku wrażenie. A to jest chyba najważniejsze.**

 

Z niecierpliwością czekam na kolejny tomik Grzegorza Kowalskiego. Mam nadzieję, że autor nadal będzie rozwijał swój warsztat, bo w przeciwnym razie niestety może wpaść w sidła odgrzewanego kotleta. Konsekwencja w twórczości jest cechą pozytywną, choć niestety bywa również podstępna.

 

*Kolejna zaleta ebooków – po książkach papierowych nie śmiem pisać, natomiast w tym przypadku mogę zmazać do woli. I nie ograniczam się do słów i podkreśleń. W ten sposób Radości stały się tomikiem w pełni ilustrowanym (niestety, jakość tych ilustracji pozostawia wiele do życzenia).

 

**O ile nie jest to wrażenie typu „Co za gniot!” – w tedy autor nie ma niestety powodów do szczęścia.