703 Obserwatorzy
102 Obserwuję
literatkakawy

Literatka kawy.

Proza, poezja, architektura. Wrażenia z ostatnio przeczytanych książek, garść informacji z rynku wydawniczego oraz okazyjne wynurzenia literaturą inspirowane.

Teraz czytam

Bodo wsrod gwiazd
Anna Mieszkowska
Modernizmy. Architektura nowoczesności w II Rzeczypospolitej Tom 2. Katowice i województwo śląskie
Andrzej Szczerski, Zbigniew Kadłubek
Przeczytane:: 73/366 stron
Plantageneci. Waleczni królowie, twórcy Anglii
Dan Jones
Przeczytane:: 32/640 stron
Grobowiec Lenina
David Remnick
Przeczytane:: 84/580 stron

Pamiętam, że było gorąco. Rozmowa z Tadeuszem Konwickim

 

Katarzyna Bielas, Jacek Szczerba

Wydawnictwo Czarne, 2015

 

Śmierć wybitnej osoby w świecie literatury jest doskonałym chwytem marketingowym. Odejście znanego pisarza to w końcu idealny pretekst do wydania niezliczonej ilości wznowień jego dzieł, co stanowi niejako odpowiedź na zapotrzebowanie rynkowe. Wokół zmarłego powstaje hype, wszyscy o nim mówią, wszyscy chcą zapoznać się z jego twórczością, dowiedzieć się czegoś więcej o jego życiu. Choć zarabianie pieniędzy na tragedii brzmi brutalnie, jest to zjawisko jak najbardziej powszechne i akceptowane. Po śmierci Szymborskiej doczekaliśmy się albumu z jej młodzieńczymi próbami literackimi, po Mrożku zostały listy i obrazki, natomiast po śmierci Konwickiego szybko dostaliśmy ponowne wydanie wywiadu-rzeki, który w 2001 z reżyserem i literatem przeprowadzili dziennikarze "Gazety Wyborczej", Katarzyna Szczerba i Jacek Bielas.

 

Zacznijmy od tego, że choć Konwicki zaliczany jest w poczet wybitnych twórców współczesnej literatury polskiej i książki jego autorstwa pojawiają się już na listach lektur szkolnych, to jednak pozycja ta nie zgłębia jego działalności literackiej. Owszem, literatura tu i ówdzie zaznacza swoją obecność w rozmowie, można podpatrzeć elementy warsztatu twórczego pisarza, ale jest to obecność drugoplanowa, potraktowana trochę jak dodatkowe, hobbistyczne zajęcie reżysera. Podobnie ze szczegółami z życia osobistego autora. Tu i ówdzie pojawia się wspomnienie dzieciństwa i partyzantki, czasami zjawia się żona, gdzieś zza rogu wyskakuje kot Iwan. Nie ma tu skandali, ani szokujących wyznań. Dziedziną, która stanowi oś tego wywiadu, jest bez dwóch zdań film.

 

„Pamiętam, że było gorąco” to tak naprawdę historia polskiego kina PRL ukazana przez pryzmat twórczości Konwickiego. Rozmowa zaplanowana jest jako chronologiczny przegląd twórczości reżysera, począwszy od jego działalności w Kadrze na pozycji kierownika literackiego, przez pierwszą, nieco samozwańczą próbę reżyserską w postaci „Pierwszego dnia lata”, niesamowite „Salto”, aż po wieńczącą jego działalność filmową „Lawę”. Konwicki zdradza swoim czytelnikom szczegóły powstawania każdej produkcji, opowiadając zarówno o genezie danego dzieła, jak i ujawniając szczegóły pomagające w interpretacji utworów (niewtajemniczonym wyjaśnię, że filmy Konwickiego z kinem hollywoodzkim nie mają nic wspólnego i ich odbiór wymaga jednak wysiłku intelektualnego). Mówi, co kierowało nim przy wyborze miejsca na plan zdjęciowy oraz o kompletowaniu obsady (piękne panie miały fory). Oczywiście jest też mowa o wszechobecnej interwencji władzy w twórczość ówczesnych ludzi kultury i sztuki, która pokrzyżowała plany niejednego artysty (w tym i Konwickiego przy próbie stworzenia scenariusza dla „622 upadków Bunga” Witkacego)*. Pada również kilka uwag pod adresem krytyki, która nie zawsze patrzyła na jego filmy przychylnym okiem, udowadniając tym samym, że niektóre dzieła na docenienie muszą poczekać kilka lat.

 

Opowieści Konwickiego nie są skoncentrowane jedynie na jego postaci, w wywiadzie co rusz wspomina również swoją współpracę z najwybitniejszymi aktorami i reżyserami drugiej połowy XX wieku. W rozmowie pojawia się Tyszkiewicz, Łomnicki, Łapicki, Cybulski a nawet młody Żmijewski, który za rekomendacją Łapy otrzymał jedną z głównych ról w „Lawie”. Dużo miejsca poświęca Wajdzie, Kawalerowiczowi oraz Dygatowi, z którym odbywał wielogodzinne rozmowy telefoniczne. Nie mogło zabraknąć i Gustawa Holoubka, przyjaciela reżysera, który, zgodnie z indeksem nazwisk zamieszczonym na końcu książki, jest osobą, o której Konwicki wspomina najczęściej. Mówi zarówno o tym, jak mu się współpraca z aktorami układała na planie i jak później wspólnie „uderzali w gaz” na suto zakrapianych alkoholem bankietach.

 

Konwicki opowiada o tym wszystkim w sposób niezwykle swobodny, podchodząc z dystansem do swoich dzieł (co w środowisku artystycznym nie jest zbyt często spotykane), od czasu do czasu dorzucając jakąś anegdotę z planu zdjęciowego. Choć rozmowa prowadzona jest w sposób chronologiczny, to jednak (jak na wywiad-rzekę przystało), jest to konstrukcja płynna i pełno tutaj niezwykle cennych dygresji. Mowa jest o wspomnianym już kocie autora, jego (autora, nie psa) wiary w zabobony oraz o legendarnych już spotkaniach z Gustawem Holoubkiem w warszawskim Czytelniku (co ciekawe, na początku Konwicki spotykał się tam z innym polskim literatem, Leopoldem Tyrmandem). Przez cały czas w tle, obok ducha literackiego, wyraźnie zaznacza swoją obecność kresowość, którą pisarz wyjątkowo cenił i do której przywiązywał szczególną uwagę.

 

„Pamiętam, że było gorąco” to wyjątkowa, nieco melancholijna podróż do czasów, kiedy polskie kino, pomimo ograniczonych środków i ingerencji władzy, było w kondycji godnej pozazdroszczenia. Wyprawa ta intryguje tym bardziej, że będzie nam w niej towarzyszyć postać niebanalna, istny samograj. Jest to książka inteligentna i nie pozbawiona humoru, co zawdzięczamy nie tylko Konwickiemu, ale również Bielas i Szczerbie. Bo sukces wywiadu nie tkwi jedynie w ciekawych odpowiedziach, ale i w umiejętnie zadawanych pytaniach.

 

W jednej ze swoich anegdot Konwicki dowcipnie opowiada o tym, jak wróżki przepowiedziały mu wiek, w którym pożegna się ze światem: jedna dała mu dziewięćdziesiąt dwa lata, druga pięć lat więcej. Ta zapowiedź długiego życia podbudowała go i dała mu poczucie bezkarności, zwłaszcza w trudnym okresie walki z cenzurą. Pisarz zmarł wcześniej, w wieku 88 lat. Można narzekać, że była to śmierć przedwczesna (bo każda taka jest), jednak patrząc na jego dokonania można spokojnie stwierdzić, że nawet te 88 lat wystarczyło, by wpisać się do panteonu zasłużonych dla kultury polskiej. Jeśli więc ktoś nie zna jeszcze jego twórczości, lub pragnie poznać lepiej sylwetkę mistrza, powinien koniecznie sięgnąć po tę książkę i oczywiście zapoznać się z jego twórczością.

 

*Więcej na ten temat można znaleźć w książce „Historia niebyła kina PRL” Tadeusza Lubelskiego (Znak, 2012)