703 Obserwatorzy
102 Obserwuję
literatkakawy

Literatka kawy.

Proza, poezja, architektura. Wrażenia z ostatnio przeczytanych książek, garść informacji z rynku wydawniczego oraz okazyjne wynurzenia literaturą inspirowane.

Teraz czytam

Bodo wsrod gwiazd
Anna Mieszkowska
Modernizmy. Architektura nowoczesności w II Rzeczypospolitej Tom 2. Katowice i województwo śląskie
Andrzej Szczerski, Zbigniew Kadłubek
Przeczytane:: 73/366 stron
Plantageneci. Waleczni królowie, twórcy Anglii
Dan Jones
Przeczytane:: 32/640 stron
Grobowiec Lenina
David Remnick
Przeczytane:: 84/580 stron

Dziennik czasu okupacji

 

Raja Shehadeh

Karakter, 2014

 

Sytuacja na Bliskim Wschodzie nie należy do najłatwiejszych. Konflikty na tle religijnym i spory terytorialne przeradzają się w ciągłe działania wojenne. Są one od nas na tyle odległe, nie tylko w sensie przestrzennym, ale przede wszystkim ideologicznym, że przestajemy zwracać na nie uwagę. Lepiej obserwować bacznie to, co dzieje się na pobliskiej Ukrainie, niż tracić czas na zrozumienie konfliktów azjatyckich. Łatwiej nam zdecydować, kto w sporze Ukraina – separatyści (w domyśle Rosja) ma rację, niż stanąć po stronie Izraela czy Palestyny.

 

Gdybyśmy jednak mieli opowiedzieć się po jednej ze stron, to po krótkiej analizie opartej na skojarzeniach (Izrael – Judaizm – holocaust, Palestyna – Islam – Państwo Islamskie) raczej staniemy za tą pierwszą stroną konfliktu. Tymczasem każda z nich ma swoje racje, nawet ta mniej faworyzowana palestyńska.

 

O tym próbuje przekonać nas Raja Shehadeh, palestyński prawnik, dziennikarz i działacz społeczny, autor którego mogliśmy poznać dzięki książkom „Palestyńskie wędrówki”, „Obcy w domu” oraz najnowszej „Dziennik czasu okupacji” (wszystkie ukazały się nakładem wydawnictwa Karakter). Shehadeh, jak na człowieka światłego przystało, próbuje dążyć do pojednania pomiędzy skłóconymi narodami zachowując obiektywizm, co jak się okazuje nie jest wcale takie łatwe. Jako osoba wychowana w chrześcijańskiej tradycji może spojrzeć na konflikt trzeźwym okiem, odrzucając na bok wszelkie religijne uprzedzenia. Gorzej jest w przypadku wyparcia się przynależności terytorialnej, czyli szeroko pojętego patriotyzmu.

 

Nie mamy kodu pocztowego, a mimo to jest on wymagany od nas przy wypełnianiu wielu formularzy. W końcu nauczyłem się wpisywać w odpowiedniej rubryce „0000” – i to się sprawdza. Dopóki nie staniemy się prawdziwym krajem, jesteśmy narodem zero, zero razy cztery.

 

„Dziennik czasu okupacji” to jego luźne zapiski z okresu dwóch lat (grudzień 2009 – grudzień 2011), w których autor zawiera wszystko to, co jego zdaniem było warte udokumentowania, począwszy od wydarzeń politycznych, przez życie codzienne Palestyńczyków, aż po detale z jego życia osobistego. Warto dodać, że czas, w którym powstawała ta książka był czasem szczególnym z punku widzenia osób zamieszkujących Bliski Wschód. Na tych terenach oraz w Afryce północnej trwała bowiem „arabska wiosna”, okres budzących nadzieję protestów skierowanych przeciwko autokratycznym głowom państw, wyrażających niezadowolenie z dotychczasowych warunków życia i wolności obywatelskich. Jak doskonale pamiętamy, rewolucja ta w każdym państwie miała odmienny przebieg i w każdym przypadku kończyła się innym, mniej lub bardziej pożądanym rezultatem. Choć Izrael i Palestyna nie brały udziału w tej masowej rewolucji, to jednak wśród mieszkańców tych państw, wliczając w to również autora, rodziły się nadzieje na lepsze jutro. Brak bezpośredniego przełożenia rewolucyjnych nastrojów na ten spór wywołał rozczarowanie, co dość dokładnie można odczuć w trakcie lektury tej książki.

 

Próżno szukać tutaj więc optymizmu, „Dziennik” przesiąknięty jest raczej gorzkimi relacjami osoby, która ma prawo nie pałać sympatią do Izraela. Raja urodził się, wychował i wciąż mieszka w państwie, które oficjalnie nie istnieje. Porusza się w granicach enklawy, która ponad dziesięć lat temu została szczelnie odgrodzona murem od pozostałej części cywilizacji, stając się tym samym więźniem Izraela. Zależność ta rozciąga się również na pozostałe aspekty życia Palestyńczyków, dla których przejście na drugą stronę muru wiąże się z szeregiem utrudnień i nieprzyjemności. Obraz ten znajdziemy również na kartach „Dziennika” i to nie tylko w formie tekstu, ale również i zdjęć prezentujących znajdujące się na murze graffiti słynnego Banksy’ego, który w ten sposób zdecydował się wyrazić sprzeciw wobec tak radykalnej formy rozdziału dwóch terytoriów.

 

 

Shehadeh daje czytelnikowi możliwość zobaczenia tego, co kryje się za owym betonowym umocnieniem, pragnie pokazać, że nie mieszkają tam tylko i wyłącznie opętani fanatyzmem religijnym terroryści, ale przede wszystkim zwykli ludzie, który cierpią z powodu wprowadzanych przez Izrael ograniczeń w dostawach energii, przesiedleń pod byle pretekstem, o braku tolerancji wobec religii i języka nie wspominając. Autor wyraźnie daje odczuć, kto w tym konflikcie jest silniejszy, kto rozgrywa karty.

 

Nie znaczy to jednak, że jest on na tyle zaślepiony gniewie, że nie widzi tego, co dzieje się w jego ojczyźnie. Dlatego znajdziemy w książce również kilka gorzkich uwag pod adresem społeczeństwa palestyńskiego, które zaczyna się rozwarstwiać nie tylko ze względu na wyznawaną religię(Islam vs. Chrześcijaństwo), ale również zaczyna powiększać się grono osób, które faworyzują zachód do tego stopnia, że wolą mówić po angielsku, niż po arabsku.

 

„Dziennik czasu okupacji” to lektura, która z całą pewnością nie należy do łatwych. Nie pomoże nam ona znaleźć odpowiedź na pytanie, kto ma rację w tym trwającym od lat konflikcie, wręcz może ją nam utrudnić. Po tę pozycję warto sięgnąć chociażby po to, żeby zweryfikować informacje, które docierają do nas z mediów, żeby poznać opinię z pierwszej ręki i to od osoby stojącej po drugiej stronie betonowego muru.