703 Obserwatorzy
102 Obserwuję
literatkakawy

Literatka kawy.

Proza, poezja, architektura. Wrażenia z ostatnio przeczytanych książek, garść informacji z rynku wydawniczego oraz okazyjne wynurzenia literaturą inspirowane.

Teraz czytam

Bodo wsrod gwiazd
Anna Mieszkowska
Modernizmy. Architektura nowoczesności w II Rzeczypospolitej Tom 2. Katowice i województwo śląskie
Andrzej Szczerski, Zbigniew Kadłubek
Przeczytane:: 73/366 stron
Plantageneci. Waleczni królowie, twórcy Anglii
Dan Jones
Przeczytane:: 32/640 stron
Grobowiec Lenina
David Remnick
Przeczytane:: 84/580 stron

W gazetach tego nie napiszą

 

Taras Prochaśko

Wydawnictwo Czarne, 2014

 

Temat Ukrainy nie schodzi ostatnio z pierwszych stron gazet i portali informacyjnych. Ze wszystkich stron atakują nas kolejne wiadomości o tragicznej sytuacji za naszą wschodnią granicą, nie ma dnia, bez kolejnych wstrząsających doniesień o zabitych i rannych. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze nie tak dawno w Doniecku gromadziły się tłumy fanów piłki nożnej z całej Europy, na Krym wybierały się całe rzesze spragnionych odpoczynku wycieczkowiczów, a głównym problemem Ukrainy była chęć dołączenia do świata zachodniego.

 

W wydanej w ubiegłym roku książce „W gazetach tego nie napiszą” ukraińskiego autora Tarasa Prochaśko próżno jest szukać obrazu Ukrainy walczącej. Ten zbiór esejów powstał w 2009 roku, czyli na pięć lat przed wielkim przewrotem. Czy to znaczy, że w tej książce znajdziemy obraz radosnej Ukrainy, wolnego kraju, żyjącego w zgodzie z zachodnią i wschodnią częścią Europy? Nic bardziej mylnego.

 

Prochaśko za pomocą swoich teksów stara się stworzyć wymierny obraz ojczyzny. Zamiast jednak kompilować uporządkowany leksykon, czy kreślić mapy, on dzieli się z czytelnikiem swoimi nieco chaotycznymi refleksjami z pogranicza dziennikarskiej spostrzegawczości i poetyckiej wrażliwości. Warto dodać, że jest to obraz odarty ze zbędnych złudzeń, to nad wyraz gorzka refleksja, w której próżno wypatrywać optymizmu, a tym bardziej entuzjazmu. Bo jak inaczej odebrać chociażby określenie ojczyzny mianem kraju, „który nie powinien w ogóle istnieć”?

 

To sformułowanie o dość mocnym wydźwięku, choć jeśli spojrzymy na historię tego obszaru nieco bardziej wnikliwie, to raczej nie powinno ono nikogo dziwić. Ukraina to, zdaniem Prochaśki, kraina osobna, której nie sposób przyporządkować ani do świata zachodu, ani do bloku wschodniego. Śledzi on dzieje własnej ojczyzny dając nam do zrozumienia, jak z mocarstwa, które wydało na świat dzisiejszą Federację Rosyjską, powstał niejako sztuczny twór, państwo złożone z kawałków, które obecne, po odzyskaniu upragnionej niezależności, naród próbuje scalić (jak wiemy – bezowocnie). Prochaśko ten stan, jak i całą „ukraińskość” porównuje do zawartości biesagu, przepastnej torby, w której wszystkie elementy mieszają się ze sobą i z której trudno wyłowić ten przedmiot, którego szukamy. Sytuacja ta jest przesycona chaosem, który niestety wymknął się spod kontroli.

 

Nieporządek ten uwidacznia się w postaci narodowej schizofrenii, zwanej przez autora „dwuwiarą”. To rozbicie pomiędzy wschodem i zachodem, pomiędzy przyjętą wiarą chrześcijańską, a wciąż kultywowanymi praktykami pogańskimi . To obszar, na którym zabudowa miejska gryzie się z pierwotnym krajobrazem karpackich ostępów. Miejsce, które będąc obszarem badań wielu państw wciąż pozostaje ziemią niczyją.

 

Czytając „W gazetach tego nie napiszą” można odnieść wrażenie, że autor unika zbędnego ubarwiania sytuacji politycznej kraju, z którego pochodzi. Nie boi się napisać brutalnej prawdy o tożsamości (lub raczej jej braku) narodu ukraińskiego, co nie znaczy jednak, że podchodzi on do swojej ojczyzny z rezerwą, czy się z jej ułomności naśmiewa. Przez liczne nawiązania do świata przyrody i częste przywoływanie osobistych doświadczeń (m.in. rodzinny rytuał kiszenia kapusty) ten krytyczny obraz nabiera nieco szczerego ciepła a nieokreśloność staje się odrobinę oswojona. Pisząc o folklorze tego miejsca, o ludziach zamieszkujących Karpaty i odsuwając na bok wątek wielkomiejski, autor sprawia, że czytelnik (zwłaszcza ten polski) może poczuć maleńkie ukucie zazdrości wywołane właśnie tęsknotą za pierwotnością.

 

Taras Prochaśko nie prezentuje w swojej książce niczego odkrywczego ani rewolucyjnego. To próba uchwycenia pewnego okresu w życiu stosunkowo nowego państwa, które zdążyło się już rozwinąć i które za moment będzie musiało zmierzyć się z wydarzeniami, które w znacznym stopniu zaburzą jego stabilność. Znając ten dalszy ciąg historii wiemy, że nie jest to tekst aktualny, jednak wiele myśli w nim zawartych doskonalone opisuje również i obecną sytuację. I choć nie było to zamysłem autora, to tytuł tego zbioru zyskał w tym kontekście nowy wydźwięk: o takim obrazie Ukrainy w gazetach obecnie nie przeczytamy. Warto jest więc sięgnąć po książkę Prochaśki, choćby tylko po to, by odpocząć od medialnego zgiełku. Choć z drugiej strony z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że w trakcie lektury od tych najnowszych wydarzeń uciec się nie da i zawsze czytając o podziałach i życiu w bandach będziemy łączyć obserwacje autora z tym, co dzieje się tam teraz. Szkoda, że nie dane było mi przeczytać tej książki wcześniej, przed wielkim zamieszaniem. Na pewno miałaby ona inny wydźwięk.

 

 

 

Więcej do czytania o Ukrainie

 

Przyjdzie Mordor i nas zje  |   Muzeum porzuconych sekretów