703 Obserwatorzy
102 Obserwuję
literatkakawy

Literatka kawy.

Proza, poezja, architektura. Wrażenia z ostatnio przeczytanych książek, garść informacji z rynku wydawniczego oraz okazyjne wynurzenia literaturą inspirowane.

Teraz czytam

Bodo wsrod gwiazd
Anna Mieszkowska
Modernizmy. Architektura nowoczesności w II Rzeczypospolitej Tom 2. Katowice i województwo śląskie
Andrzej Szczerski, Zbigniew Kadłubek
Przeczytane:: 73/366 stron
Plantageneci. Waleczni królowie, twórcy Anglii
Dan Jones
Przeczytane:: 32/640 stron
Grobowiec Lenina
David Remnick
Przeczytane:: 84/580 stron

Warszawskie Targi Książki, czyli Nike, Gdynia i Kapuściński

 

Nadszedł ten moment w roku na który wszyscy fani literatury (no, prawie wszyscy) czekają z niecierpliwością: Warszawskie Targi Książki. Te kilka dni to nie tylko czas spotkań autorskich i okazji cenowych, ale również moment idealny do ogłaszania nominacji i wręczania nagród.

 

dalej »

Antoine Cierplikowski. Król fryzjerów, fryzjer królów.

 

Marta Orzeszyna

Znak, 2015

 

Jedni uznanie zyskują po śmierci, o zasługach innych zupełnie się zapomina. Antoine Cierplikowski to doskonały przykład na to, jak osoba, która niegdyś cieszyła się niebywałą sławą, w magiczny sposób zniknęła z kart historii.

 

O Cierplikowskim po raz pierwszy usłyszałam niemalże dekadę temu. W Wysokich Obcasach natknęłam się na artykuł o fryzjerze z Sieradza, który pozbawił kobiety długich pukli, dając tym samym początek modzie na chłopczycę, ulubiony styl lat dwudziestych minionego wieku. Jako odwieczna pasjonatka 20-lecia międzywojennego nie mogłam wyjść z podziwu, że pomysłodawcą tej jakże istotnej zmiany jest Polak i to w dodatku rodem z pobliskiego Sieradza. Jeszcze bardziej zaczęło mnie zastanawiać to, dlaczego w moim 16-17 letnim życiu nigdy o tej personie nie słyszałam, dlaczego jego rodzinne miasto w żaden sposób nie akcentuje, że wielki Antoine wywodzi się właśnie z tych stron. Nic się o nim nie mówiło, zupełnie tak, jakby nigdy nie istniał. Taki stan trwał do 2009 roku, kiedy to odbyła się w Sieradzu pierwsza edycja festiwalu Open Hair, święta fryzjerstwa, które dedykowane zostało właśnie Cierplikowskiemu. Stopniowo legenda mistrza zaczynała ożywać i po wielu latach zapomnienia zaczął powracać.

 

 

Nakładem wydawnictwa Znak ukazała się niedawno biografia Antoine’a, w której Marta Orzeszyna stara się udowodnić, że Cierplikowski wielką personą był i zawdzięczamy mu dużo więcej, niż wspomnianą już chłopczycę. A jakby tego było mało, to sieradzanin prowadził tak niesamowicie barwne i wystawne życie, jakiego mógłby mu zazdrościć nawet Wielki Gatsby.

 

Trzeba przyznać, że historia młodego chłopaka z Sieradza to prawdziwy „american dream” w wersji francuskiej. Z małej mieściny w zaborze rosyjskim trafił na paryskie salony, gdzie kilkoma finezyjnymi ruchami nożyczek odmłodził aktorkę Ève Lavallière, dając tym samym początek nowej modzie, która idealnie korespondowała z rodzącą się wówczas emancypacją kobiet. Autorka starannie stara się odtworzyć drogę fryzjera do sławy, akcentując jego wszystkie kolejne innowacje, które nie ograniczały się jedynie do coraz to odważniejszych fryzur. To on zaczął myć swoim klientkom włosy w salonie, to on zaczął stosować lakier w pielęgnacji włosów, rozpowszechnił kolorowe lakiery do paznokci oraz wymyślił krem do opalania. Lista innowacji Antoine’a zdaje się nie mieć końca, podobnie jak spis jego klientek. Na zamieszczonej w książce liście osobiści, które powierzyły swoje fryzury Polakowi znajdziemy m.in. Bette Davis, Brigitte Bardot, Edith Piaf, Eleanor Rosecelt, Ginger Rogers, Glorię Swanson, Gretę Garbo, Josephine Baker, a nawet koronowane głowy Belgii, Hiszpanii czy Egiptu. Z czasem ze zwykłego fryzjera, Antioine przerodził się w markę.

 

Ale biografia króla fryzjerstwa to nie tylko czesanie, ale i sam ekscentryczny bohater. Szklana trumna zamiast łóżka, własne samoloty, wystawne przyjęcia i dziwaczne stroje. Co więcej, autorka daje nam wgląd w międzywojenne środowisko mniejszości homoseksualnych. Choć Cierplikowski był żonaty, to jednak uczuciami darzył mężczyzn, sprowadzając swoją małżonkę do roli managera. Autorka poświęca dużo miejsca na opisanie wybryków fryzjera i jego znajomych, tworząc obraz prawdziwie szalonego okresu międzywojennego, a i czasu wojny, bo jak się okaże, Antoine w czasie gdy na jego ojczyznę spadał deszcz bomb, bawił się wyjątkowo dobrze za oceanem.

 

 

„Król fryzjerów, fryzjer królów” to również próba odpowiedzenia na pytanie, dlaczego wraz z nastaniem lat sześćdziesiątych gwiazda Cierplikowskiego zgasła i, co ważniejsze, co sprawiło, że po śmierci praktycznie zniknął ze świadomości zarówno Polaków, jak i Francuzów. Przed wojną był on obecny nie tylko na łamach prasy, jego imię pojawiało się w wierszach, tekstach piosenek, na deskach teatru. W wielu miastach na całym świecie znajdowały się filie jego paryskiego salonu, w wielu filmach wyprodukowanych w Hollywood możemy podziwiać uczesania jego autorstwa. Choć łatwo można wytłumaczyć zmianę trendów w modzie, to jednak odejście w zapomnienie w kraju, który tak lubi chwalić się Chopinem czy Skłodowską-Curie jest wciąż niezrozumiałe. Podobnie jak to, że jego rodzinne miasto, w którym w ostatnich latach życia osiadł, nie potrafiło oddać mu należytego szacunku.

 

Marta Orzeszyna stworzyła książkę, która zadziwia czytelnika niemal na każdej stronie. Przytoczone przez nią informacje zdają się być nieprawdopodobne, dlatego jakby dla poparcia rewelacyjnych doniesień, całość wzbogaciła o dość pokaźny zbiór artykułów (w tym również i tych pochodzących z prasy polskiej) oraz wspomnień osób, które były z Cierplikowskim związane. Cała książka jest również bogato ilustrowana fotografiami mistrza, dziwi za to brak podobizny Antoine’a na okładce. Trochę nie rozumiem tego zabiegu marketingowego. Owszem, symboliczne obcięcie włosów i wątek narodzenia nowego wizerunku kobiety zajmuje dużo miejsca w tej książce, jednak całość dotyczy Antoine’a i to on, a nie efekt jego pracy, powinien spoglądać na czytelnika za okładki.

 

Czy biografia sieradzkiego fryzjera przywróci go na zasłużone miejsce w panteonie wybitnych Polaków? Powinna, aczkolwiek powoli tracę nadzieję na to, że po tylu latach zapomnienia można to naprawić. Najlepszym przykładem na to niech będzie Sieradz, w którym nowy prezydent zamierza zamienić wspomniany już Open Hair w forum gospodarcze (a najchętniej w ogóle by się go pozbył), a główną atrakcją wzgórza zamkowego, na którym Antoine chciał kiedyś stworzyć nawiązującą do tradycji szkołę „Gniazdo Orłów”, są obecnie bunkry.

Nowości - maj 2015

 

 

Zapraszam do subiektywnego przeglądu nowości majowych.

 

 

dalej »

Dziewczyna z Kamienia

 

Izabella Cywińska

Agora, 2015

 

Nigdy nie przypuszczałam, że biografia nieznanej mi osoby będzie w stanie mnie tak zainteresować i sprawić, że zżyję się z jej bohaterem. Izabeli Cywińskiej i jej „Dziewczynie z Kamienia” się to udało.

 

Na początku muszę się trochę wytłumaczyć z mojej ignorancji. Jak to możliwe, że nigdy nie słyszałam o tak wybitnej reżyser? No cóż, lata największej aktywności teatralnej Cywińskiej przypadały na drugą połowę PRL, czas gdy jeszcze nie było mnie na świecie. Gdy obejmowała stanowisko Ministra Kultury w rządzie Tadeusza Mazowieckiego dopiero raczkowałam, a by oglądać odważne sceny w „Bożej Podszewce” byłam stanowczo za młoda. Mimo to zdecydowałam się sięgnąć po jej biografię. Zachęciły mnie opinie, że losy autorki splatają się z historią współczesną Polski, począwszy od międzywojennej idylli, aż po czasy obecne, że jest zawarta historia współczesnego teatru i polityki.

 

„Dziewczyna z Kamienia” to opowieść o tym, jak przedziwne sploty losu potrafią skutecznie utrudniać nasze życie i jak sobie z tymi przeciwnościami skutecznie radzić. Życie Cywińskiej mogło wyglądać niczym prawdziwa bajka. Przyszła reżyser przyszła na świat w dość zamożnej ziemiańskiej rodzinie z wieloletnimi tradycjami, w niewielkim majątku Kamień w dzisiejszym powiecie Opolskim. W domu, który na poły był dworkiem i pałacykiem, otoczone służbą i kochającą rodziną panienki Cywińskie mogły czuć się jak w puchu, komfortowo i bezpiecznie. Los jednak bez przerwy rzucał Izie kłody pod nogi. Dość szybko straciła ojca, który dokonał żywota w pożarze wznieconym przez nieopaczne zaśnięcie z tlącym się papierosem w ustach. Kilka lat później nadeszła z kolei wojna, która położyła kres polskiej tradycji ziemiańskiej. Mała Iza bezpowrotnie utraciła swój piękny dom i wraz z mamą, stryjkiem i siostrą rozpoczęła tułaczkę po całej Polsce, szukając tego odpowiedniego miejsca do ponownego osiedlenia się.

 

W życiu dorosłym nie było lepiej, tułaczka trwała. Cywińska nie od razu dostała się do szkoły teatralnej, kolejne obejmowane przez nią teatry (Kalisz, Poznań, warszawskie Ateneum) po początkowej fazie sukcesów przynosiły więcej problemów, niż korzyści. Działalność polityczna, którą przypłaciła internowaniem w 1981 r., również okazała się być rozczarowaniem. Nie inaczej było w życiu uczuciowym. Mimo tych niepowodzeń autorka nie traciła hartu ducha, nie poddawała się i uparcie dążyła po swoje. Sama o sobie mówi „niepoprawna optymistka” i chyba dzięki temu udało się jej zajść do tego miejsca, w którym się teraz znajduje.

 

Tym, co mnie szczególnie ujęło w tej autobiografii, jest właśnie szczerość autorki. Nie kreuje się na bohaterkę czasów współczesnych, nie udaje, że jest wybitną panią reżyser, nie twierdzi, że była bojowniczką o wolność Polski, tudzież panią minister, która przebojem wkroczyła do nowego rządu i z miejsca rozpoczęła gruntowne reformy. Chciała tworzyć ambitny teatr, chciała wyprowadzić kraj ze stagnacji, jednak okazało się być to trudniejsze, niż przypuszczała. Nie koniecznie dlatego, że sama nie potrafiła podołać zadaniu, ale dlatego, że jej wizja nie zawsze była zbieżna z wizją innych osób. Cywińska podkreśla to, co jej się w życiu udało, ale jednocześnie nie waha się na kartach swojej własnej książki przyznać do błędów, jak i wyrazić rozczarowanie, zarówno zaistniałymi sytuacjami, jak i konkretnymi postaciami.

 

Warto bowiem zaznaczyć, że w tej dość opasłej autobiografii Cywińska nie występuje sama, często pojawiają się tam inne osoby, z którymi jako reżyser i dyrektor teatrów miała okazję współpracować. Jest opis znajomości ze Zbyszkiem Cybulskim (który nota bene odegrał w jej życiu dość istotną rolę), Tadeuszem Łomnickim, Andrzejem Wajdą, czy wreszcie Adamem Hanuszkiewiczem, u boku którego, jeszcze jako studentka, stawiała swoje pierwsze kroki w świecie teatru – a to tylko niewielki wycinek z całego katalogu nazwisk, które pojawiają się w „Dziewczynie z Kamienia”. Autorka skutecznie „detronizuje” te postaci, z pozycji gwiazdy sprowadza je do poziomu współpracownika, pokazując je z nieco innej, zdecydowanie bardziej przyziemnej perspektywy.

 

Oprócz postaci znanych ze sceny dramatycznej z biegiem czasu zaczynają Cywińską otaczać bohaterowie sceny politycznej z głównymi motorami „karnawału solidarności” na czele (zwłaszcza „dżinsowym” Jackiem Kuroniem”, z którym autorkę łączyła szczególna zażyłość). Wątek polityczny snuje się zresztą przez całą książkę, autorka już od lat młodzieńczych wdawała się w polityczne dysputy w domu i w szkole, przez co nie raz wpadała w tarapaty. W swoich wspomnieniach skrupulatnie odnotowuje wszystkie pamiętne czerwce, marce, sierpnie i grudnie, co tylko podkreśla głębokie osadzenie losów Cywińskiej w kontekście historyczno-politycznym.

 

Czytając teatralno-polityczno-osobiste wspomnienia Cywińskiej można odnieść wrażenie, że ich adresatem nie jest tylko czytelnik, ale również (a może i przede wszystkim) sama autorka. To nie jest po prostu jej bieg życia, historia opowiedziana by zostawić po sobie książkę, pełno tutaj analiz i wniosków, zupełnie tak, jakby autorka starała się odkryć, co w danej sytuacji poszło dobrze, a co źle i dlaczego, co sprawiło, że postąpiła tak a nie inaczej. To też próba podsumowania minionych okresów w historii Polski, zapisanie obrazów które żyją jedynie w pamięci autorki. Razem z Kamieniem w gruzach legło polskie ziemiaństwo, a wraz z nim pewne ideały, określony światopogląd i styl bycia. W ciągu tych 80 lat życia autorki świat w którym była zmienił się nie do poznania, dlatego też uznała a słuszne odnotować to, co było. Dla innych i dla samej siebie.

 

„Dziewczyna z Kamienia” ma jeszcze jeden niepodważalny atut: Cywińska pisać potrafi i czyta się ją wyjątkowo dobrze, zupełnie tak, jakby słuchało się opowieści snutej przez starszego członka rodziny. Nie obce są jej co prawda dygresje i chronologia opowieści często ulega zaburzeniu, jednak jest to tak umiejętne poprowadzone, że wszystko stanowi jedną, przemyślaną całość. Warto dodać że tekstowi towarzyszy wiele fotografii, co oczywiście urozmaica lekturę i pomaga nam jeszcze lepiej poznać autorkę. I tak jak zasiadając do lektury miałam jedynie mgliste pojęcie o Izabelli Cywińskiej, tak teraz czuję, jakbym znała ją od lat.

Klangor

 

Urszula Kozioł

Wydawnictwo Literackie, 2014

 

 

Jak pogodzić się ze stratą ukochanej osoby? Można szukać wsparcia w najbliższych lub dołączyć do grupy terapeutycznej. Można chować tęsknotę w sobie lub dzielić się nią z całym światem. Można przelać swój smutek na papier i schować go głęboko w szufladzie, bądź przekłuć go w dzieło literackie i wydać na rynku. W końcu najlepsze dzieła sztuki rodzą się z bólu.

 

Tą drogą podążyła Urszula Kozioł, wybitna polska poetka, autorka powieści i dramatów, redaktor „Odry”, laureatka wielu nagród (m.in. im. Fundacji Kościeliskich). Artystka, która w świecie poezji obecna jest już od lat ’50 minionego wieku i choć nie odznaczyła się w nim tak mocno jak jej starsi koledzy (Miłosz, Herbert, Szymborska), to jednak jej dorobek literacki jest wyjątkowo obfity.

 

Ta licząca sobie już ponad 80 wiosen poetka w 2010 roku straciła męża, Feliksa Przybylaka, który towarzyszył jej przez ostatnie półwiecze. Kozioł w rozpaczy po swoim ukochanym postanowiła napisać tomik poezji, zbiór utworów, w których zamknie wspomnienia i którymi wypełni pustkę po jego utracie. Tak jak Kochanowski wieki temu żegnał swoją ukochaną Urszulkę, tak ona teraz, na początku XXI wieku pożegna Felka.

 

„Klangor” to księga tęsknoty i właśnie to uczucie przewija się w niemal wszystkich wierszach składających się na ten tomik. Mamy tutaj więc oszczędne w przekazie, ale niezwykle wymowne „Treny do Feliksa” („czuję jak/zamieram w tobie/tej w tobie mnie/coraz więcej jednak/ty nie opłaczesz mnie/sama/ciebie i mnie/muszę opłakać”) , czy tytułowy „Klangor”, długi monolog skierowany do zmarłego męża („z ręki ukochanego padam/przeszyta bólem na przestrzał/ten ból rozwłóczę/po wertepach wiersza”). Bywa poetycko, jak w „Rankiem” („mając cię całego w sobie/nie mam cię wcale”), czy nawet do bólu minimalistycznie („Myśleć o tobie”). Bez względu na formę, jaką wybierze autorka, z wierszy zawsze można odczytać to samo: tęsknotę, żal i bezradność w obliczu straty.

 

Warto dodać, że nie jest to jedynie tęsknota bezpośrednio związana z Feliksem, w wierszach Kozioł można również wyczuć tęsknotę za dawnym Wrocławiem, czy reminiscencje zagranicznych podróży. Pojawi się również nieco przewrotne pożegnanie XX wieku, który oprócz wielu wybitnych reformatorów kultury i sztuki, przyniósł ze sobą konflikty i wojny. Historia pojawia się również w przesyconej orientem opowieści o losach Turcji.

 

Nie będę ukrywać, że z „Klangorem” miałam początkowo problem. Na tyle przyzwyczaiłam się do poezji współczesnej, że kontakt z wierszami autorstwa przedstawicielki „starej szkoły” był dla mnie wyjątkowo trudny. Pełne, soczyste wersy przekazują obrazy inspirowane mitologią i orientem. Już po pierwszych kilku wierszach poczułam się, jakbym znowu znalazła się w szkolnej ławie i analizowała utwory wieszczów romantyzmu, czy ostatecznie poetów początku minionego wieku. Czytamy tutaj o podróżach mitycznymi labiryntami, o historii antycznej Hypatii, zza węgła wychyla się również Mehmed II z różą. Ponieważ nic tak nie działa mi na nerwy jak powoływanie się na fundamentalne, ale jednak do bólu już przerobione w literaturze, motywy romantyczne, niemal z miejsca przykleiłam Kozioł łatkę „epigonki”.

 

Po drugim, pełniejszym przeczytaniu utworów wypełniających „Klangor”, wreszcie dotarło do mnie piękno poezji Kozioł, poziom wrażliwości autorki, jej wewnętrzne rozedrganie, destabilizacja, którą w stanie zrozumieć jest jedynie ta osoba, która przeżyła to, przez co przejść musiała ona. I to osoba znajdująca się w podobnym wieku do Kozioł, bo nie brak tutaj również refleksji odnośnie dojrzałego wieku autorki ujętych w sposób szczery i błyskotliwy, m.in. w „Z listu”.

 

„Klangor” to więc nie tylko pożegnanie z ukochanym, dla mnie ten tomik to również pożegnanie z określoną stylistyką poetycką, pisaniem pięknem, które w XXI wieku raczej ustępuje prostocie i minimalizmowi. Najnowsze dzieło Urszuli Kozioł nie do końca przypadnie do gustu fanom szorstkich strof, jednak ci wrażliwi na piękno w najbardziej klasycznym tego słowa znaczeniu, znajdą je tutaj w całej okazałości. Nie jest to poezja wytyczająca nowe szlaki, ale i takich nieco bardziej tradycyjnych głosów potrzebuje polska literatura. 

Newsy do kawy #2

 

 

I

 

Wręczono Nagrodę im. Henryka Sienkiewicza za najlepszą „popową” książkę roku. W pierwszej edycji tego konkursu laur zwycięstwa i 40 tys. zł trafiło do Jacka Świadzińskiego, autora komiksu „Zdarzenie 1908” (Kultura Gniewu), rysunkowego dziennika z podróży na Syberię.

 

Do nagrody nominowane były również następujące pozycje:

 

  1. Szczęśliwa ziemiaŁukasza Orbitowskiego (SQN),
  2. „Sto dni bez słońca” Wita Szostaka (Powergraph),
  3. „Pochłaniacz” Katarzyny Bondy (Muza),
  4. „Haiti” Marcina Wrońskiego (W.A.B.),
  5. „Cienioryt” Krzysztofa Piskorskiego (Literackie),
  6. „Sezon burz” Andrzeja Sapkowskiego (SuperNowa),
  7. „Fugazi Music Club” Marcina Podolca (Kultura Gniewu),
  8. „Felix, Net i Nika oraz Sekret Czerwonej Hańczy” Rafała Kosika (Powergraph),
  9. „Zbrodniarz i dziewczyna” Michała Witkowskiego (Świat Książki)

 

Wybór może nieco zaskakiwać, biorąc pod uwagę, że na tle pozostałych finalistów, zwycięska książka była jedną z mniej popularnych, aczkolwiek jednej z bardziej oryginalnych. Z drugiej strony, czy jest jakaś bardziej „popowa” forma literatury, niż właśnie komiks?

 

 

II

 

24 kwietnia przyznano Nagrodę Literacką m. st. Warszawy. W kategorii proza wyróżniono „Wschód” Andrzeja Stasiuka (Czarne), za zbiór wierszy została natomiast nagrodzona Urszula Kozioł za „Klangor” (Wydawnictwo Literackie). Najlepszą książką dla dzieci została „Franciszka” Anny Piwkowskiej z ilustracjami Emilii Bojańczyk (Fundacja Zeszytów Literackich), a w kategorii „edycja warszawska” triumf święci „Warszawa 1939-1945. Okupacyjne losy muzyków” Elżbiety Markowskiej i Katarzyny Naliwajek-Mazurek (Towarzystwo im. Witolda Lutosławskiego).

 

Tradycyjnie wręczono również tytuł Warszawskiego Twórcy, który tym razem (wraz z 100 tys. zł.) miał trafić do kontrowersyjnego poety Jarosława Marka Rymkiewicza. Miał, bo autor odmówił przyjęcia nagrody (co chyba nie powinno być dla nikogo wielkim zaskoczeniem), nie podając przyczyn rezygnacji z wyróżnienia. Kwota zostanie przekazana na stypendia dla młodych twórców.

 

 

III

 

W minioną sobotę wręczono również Gwarancje Kultury, nagrody przyznawane przez TVP Kultura dla najciekawszych zjawisk w kulturze na przestrzeni minionego roku. W kategorii „Literatura” wyróżnienie to powędrowało na ręce Olgi Tokarczuk za jej monumentalne „Księgi Jakubowe”, „dzieło na miarę wielkiej powieściowej tradycji, za nowe odczytanie historii Polski, odkrycie jej wielokulturowości, złożoności dziejów oraz mechanizmów decydujących o losach narodów. Za powieść, w której misterny realizm splata się z mistycyzmem.”

 

Wśród nominowanych znaleźli się również Ignacy Karpowicz z „Sońką” oraz Jakub Żulczyk i „Ślepnąc od świateł”.

 

 

IV

 

W miniony weekend odbył się jubileuszowa, dwudziesta edycja Portu Literackiego. Jak już wcześniej wspomniałam, plan tegorocznej odsłony festiwalu po brzegi wypełniony był wspomnieniami najważniejszych portowych wydarzeń, które, jak się okazało, miały podsumować dotychczasowe osiągnięcia Fortu oraz Portu i w ten sposób domknąć ten rozdział w historii tego wydarzenia. To był „ostatni taki Port”, w przyszłym roku spotkamy się z zupełnie nową formułą festiwalu. Jaką? Na szczegóły musimy jeszcze poczekać, ale z pewnością się nie zawiedziemy.

Myśl jak Sherlock Holmes

 

Maria Konnikova

Agora, 2015

 

Nie wierzę poradnikom, nie wierzę, że jedna książka może pomóc mi (czy komukolwiek innemu) naprawić życie. Nie ufam autorowi, który mówi mi, co mam jeść i co mam zakładać do pracy, nie mając pojęcia kim jestem. Ponadto nie sięgam po bestsellerowe książki z poradami, bo, moim zdaniem, żadna z nich nie mówi o czymś, o czym bym do tej pory nie wiedziała.

 

No dobrze, ostatnio po jedną sięgnęłam, ale muszę przyznać, że było to niejako w akcie desperacji. Przełom lutego i marca miał zdecydowanie kiepski wpływ na moją kondycję umysłową. Dopadło mnie dziwne rozkojarzenie, rozdrażnienie, kłopoty z pamięcią i kreatywnym myśleniem. Na rynku ukazała się wówczas książka „Myśl jak Sherlock Holmes”, pozycja reklamowana jako bestseller „New York Timesa”, który sprawi, że zaczniemy myśleć jak wykreowany przez Doyle’a bohater. Zachęcona pozytywnymi opiniami przełamałam się i skusiłam na pierwszy poradnik w moim życiu.

 

Czy dowiedziałam się czegoś nowego z tej książki, co pomogłoby mi usprawnić moje myślenie?

Nie.

 

Zacznijmy od tego, że „Myśl jak Sherlock Holmes” nie jest typowym poradnikiem i chyba w zamyśle autorki nie miał nim być. Maria Konnikova, autorka tej pozycji, zamiast dawać nam gotową, „magiczną” receptę na usprawnienie naszych procesów myślowych, snuje tutaj opowieść o tym, jak funkcjonuje nasz mózg i świadomość. Nie powiedziała mi jednak ona o niczym, czego bym już wcześniej nie wiedziała. Jestem w pełni świadoma, że kształtujemy sobie opinie o świeżo poznanych osobach na podstawie pierwszego wrażenia, że w życiu kierujemy się głównie skojarzeniami i że lepiej zapamiętujemy te fakty, czy wydarzenia, z którymi łączą nas silne (przeważnie pozytywne) emocje. Nawet przytoczone przez nią przykłady i zagadki nie były mi obce. Sprawdziła się więc moja teoria na temat tego typu książek – jeśli ktoś chce się podzielić z szerszym gronem odbiorców innowacyjnym odkryciem, robi to za pomocą publikacji stricte naukowej, a nie książki skierowanej do masowego czytelnika. Wydawnictw tego typu jest na naszym rynku na pęczki i większość z nich prawi dokładnie o tym samym. O pamięci i dedukcji również.

 

Dlaczego więc ta została bestsellerem?

 

Nieocenioną zaletą tej książki jest nie treść, którą przekazuje, ale sposób, w jaki to robi. Konnikova postanowiła bowiem wyjaśnić czytelnikowi wszystkie niuanse ludzkiej pamięci na przykładzie samego Sherlocka Holmesa. Każdy rozdział książki rozpoczyna od przytoczenia fragmentu przygody tego słynnego detektywa, którą potem krok po kroku analizuje, próbując wykazać, które mechanizmy u niego zadziałały, a które zawiodły (bo i tak się zdarza). Pod koniec książki początkową scenę z „Psa Baskervilllów” autorka rozbraja dosłownie na czynniki pierwsze, by poddać analizie, jak zadziałała dedukcja Holmesa i jak zawiodła w przypadku drogiego Watsona. Autorka nawet całą koncepcję funkcjonowania naszego mózgu opiera na cytacie tego bohatera, porównując go do pustego poddasza, które należy umeblować. Holmes gra w tym tekście zdecydowanie pierwsze skrzypce dodając temu wykładowi o zabarwieniu naukowym znacznie ciekawszy wydźwięk.

 

Muszę przyznać, że gdyby nie postać słynnego detektywa, pewnie nie przeczytałabym tej książki do końca. Decyzja Konnikovej, by oprzeć jej quasi-poradnik na tym bohaterze sprawiła, że czytałam tę książkę nie jako książkę o pamięci, ale właśnie jako książkę o Holmesie, jako wnikliwą analizę bohatera literackiego oraz jego autora (bo ten też zagadki rozwiązywał).

 

Dla mnie „Myśl jak Sherlock Holmes” to analiza tytułowej postaci opatrzona wyjaśnieniami naukowymi, a nie książka, która sprawi, że ja zacznę myśleć tak jak on. Gotowych wskazówek jest tutaj mało, górę bierze teoria opatrzona sowicie przykładami. Dlatego jeśli ktoś poszukuje ćwiczeń poprawiających pamięć, czy dedukcję, powinien raczej sięgnąć po inną pozycję. Natomiast fani Holmesa powinni bez cienia wątpliwości sięgnąć po tę książkę i pogrążyć się w tej lekturze. Na pewno nie będzie to czas stracony.

 

20. Port Literacki

 

Już w przyszły weekend wszyscy wielbiciele dobrej literatury (a zwłaszcza poezji) powinni wybrać się do Wrocławia, gdzie swoje 20-lecie świętować będzie Port Literacki, największe wydarzenie literackie we Wrocławiu i jeden z największych festiwali poświęconych poezji w Polsce.

 

Jeśli ktoś wyobraża sobie Port jako spotkania autorskie z poetami, którzy przy blasku świec będą odczytywać monotonnym głosem swoje utwory, to zdecydowanie jest w błędzie. Tegoroczna edycja festiwalu jest bowiem po brzegi wypełniona spotkaniami, które w umiejętny sposób łączą wiele dziedzin sztuki, od oczywistej literatury, przez piosenkę, teatr, film, aż po sztuki plastyczne. A że jest to edycja jubileuszowa, nie zabraknie również wycieczek sentymentalnych, a co za tym idzie największych gwiazd polskiej poezji ostatniego dwudziestolecia.

 

Całość zacznie się w piątek (24.04) we Wrocławskim Teatrze Współczesnym od wystawienia sztuki „Niewidzialny chłopiec” Weroniki Szczawińskiej, opartej na dramacie Tymoteusza Karpowicza. Premierze towarzyszyć będzie promocja 5 i 6 tomu „Dzieł zebranych” tego wybitnego poety. O 20:30 rozstrzygnięty zostanie konkurs na najciekawszy scenariusz oparty na tekstach festiwalowych książek i tomików („Zagraj literaturą z Portu”).

 

Drugi dzień festiwalu (25.04) rozpocznie się w samo południe od rozstrzygnięcia kolejnego konkursu. Tym razem jury wyłoni autora najlepszej komiksowej interpretacji wiersza („Komiks wierszem”). W tej edycji konkursu graficy mieli za zadanie przelać na język rysunku teksty poetów ukraińskich, a efekty ich pracy możemy podziwiać w wydanym przez Biuro Literackie albumie. O 14:00 odbędzie się spotkanie z cyklu „Barbarzyńcy i nie” w trakcie którego Darek Foks, Krzysztof Jaworski i Grzegorz Wróblewski zaprezentują swoje najnowsze tomiki (kolejno „Tablet taty”, „.byłem” oraz „Kosmonauci”). Warto dodać, że wydarzenie to nawiązuje do pamiętnego spotkania w salonie fryzjerskim z 1997 r., na którym owi poeci odczytywali swoje wiersze siedząc w fryzjerskich fotelach.

 

O 16:00 czeka nas kolejne spotkanie wspominkowe. Tadeusz Pióro i Andrzej Sosnowski zaproszą nas na „Dom bez kantów”, wydarzenie które, choć skupi się na promocji nowych wydawnictw autorów (kolejno „Powązki” i „Dom ran”), będzie nawiązywać do bliźniaczego spotkania z 1998 r., poświęconego „Domu bez kantów”, wspólnego tomiku tych poetów (z niewielkim wkładem Fantomasa). Dwie godziny później rozpocznie się spotkanie z Ryszardem Krynickim, Zbigniewem Machejem oraz Bohdanem Zadurą, czyli połączenie słynnego już spotkania z 1998 roku, kiedy to Bohdan Zadura serwował swoim czytelnikom naleśniki oraz spotkania autorskiego pozostałej dwójki z 1999 roku. W trakcie „Wierszy z gazet” usłyszymy utwory z najnowszych tomików tych autorów (kolejno „Gdybym wiedział”, „Mroczny przedmiot pożądania” oraz „Kropka nad i”). O tym, czy pojawią się naleśniki niestety nic mi nie wiadomo. O 20:00 czeka nas jeszcze jedno spotkanie, tym razem z pokoleniem poetów, którzy zostali odkryci w 1999 roku w ramach „Odsieczy”. Wiersze ze swoich nowych tomików przeczytają Roman Honet („Świat był mój”), Marta Podgórnik („Zawsze”) oraz Filip Zawada („Pod słońce było”).

 

Wieczorem, o 22:00 nastąpi rozstrzygnięcie konkursu „Nakręć wiersz”. W tej edycji uczestnicy mieli za zadanie nakręcić filmową etiudę stanowiącą interpretację wierszy debiutantów z ostatnich lat. Finałowe filmy można znaleźć pod adresem http://nakrecwiersz.pl/

 

Niedzielny poranek to czas zarezerwowany dla najmłodszych. Kiedyś ten wolny od szkoły dzień otwierał Teleranek, dzisiaj zastąpiły go wątpliwej jakości kreskówki. Lepiej więc odciągnąć dzieci sprzed telewizorów i o 10:00 zjawić się w Porcie, gdzie Wojciech Bonowicz i przeuroczy Kazio Sponge przybliżą naszym pociechom najnowszą książkę Jacka Podsiadły „Przedszkolny sen Marianki”. O 12:00 nieco starsze dzieciaki pojawią się na „Śniadaniu krytyków” (które ze względu na godzinę powinno się raczej nazywać „brunchem”), gdzie zostanie rozstrzygnięty konkurs na najciekawszy tekst krytyczny „Krytyk z uczelni”.

 

O 14:00 nastąpi spotkanie z pięknymi i utalentowanymi poetkami: Justyną Bargielską, Joanną Mueller oraz Julią Szychowiak. Z paniami porozmawiamy na temat ich ostatnich tomików (kolejno „Nudelman”, „intima thule”, „Intro”), znając życie nie obędzie się również bez wspomnień. Te dwie pierwsze trafiły pod skrzydła Biura Literackiego dzięki akcji „Poeci na nowy wiek”, która miała na celu wyłowienie młodych, obiecujących twórców. Szychowiak natomiast wpadła w sidła wydawnictwa za sprawą organizowanego co roku „Połowu”. Dwie godziny później spotkamy się w męskim towarzystwie, by powspominać projekt „Ambasadorzy poezji”, w ramach którego polscy poeci mieli reprezentować dorobek polskiej poezji współczesnej w Rosji. Do grona tych szczęśliwców należeli Marcin Sendecki, Dariusz Sośnicki i Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki. W ramach tego spotkania nie tylko będzie można posłuchać historii związanych z wyprawą do Rosji, ale również zapoznać się z najnowszymi publikacjami autorów (kolejno „Przedmiar robót”, „Spóźniony owoc radiofonizacji” oraz „Kochanka Norwida”).

 

18:00 to moment szczególny. Na scenie pojawią się bowiem praktycznie wszyscy autorzy, którzy byli związani z Portem, a to wszystko z okazji promocji antologii „100 wierszy polskich stosownej długości”. Lista zaproszonych jest długa i stanowi praktycznie kwintesencję tego, co możemy nazywać poezją współczesną (czyli taką, która narodziła się już w epoce transformacji). Szkoda tylko, że wśród nich nie będzie mógł pojawić się Tadeusz Różewicz, choć zapewne nie obędzie się bez wspomnienia tego niezwykle utalentowanego pisarza i poety.

 

Wszystko co dobre szybko się kończy. O 20:00 nastąpi uroczyste zamknięcie festiwalu, które w tym roku przybierze formę koncertu. Nie będzie to jednak koncert byle jaki, na scenie wystąpią bowiem finaliści konkursu „Poezja do śpiewania”, którzy na warsztat wzięli wiersze polskich poetów i wzorem dawnych pionierów poezji śpiewanej, dopisali do nich muzykę. Gościnnie pojawi się również zespół Pustki.

 

Trzeba przyznać, że harmonogram tegorocznej edycji Portu Literackiego prezentuje się wyjątkowo imponująco, nie tylko pod względem liczby wydarzeń, ale przede wszystkim ze względu na zaproszonych gości, którzy stanowią crème de la crème polskiej poezji współczesnej. Tych, którzy chcą dowiedzieć się więcej o zaproszonych autorach lub poczytać ich wspomnienia z minionych edycji Portu odsyłam na stronę festiwalu.

 

Wszystkie wydarzenia we Wrocławskim Teatrze Współczesnym przy ulicy Rzeźniczej 12 z wyjątkiem koncertu „Portowe piosenki”, który odbędzie się w Starym Klasztorze przy ulicy Purkyniego 1. Wstęp na wszystkie wydarzenia (z wyjątkiem sztuki „Niewidzialny chłopiec” oraz koncertu Pustek) jest darmowy.

Oczy zasypane piaskiem

 

Paweł Smoleński

Wydawnictwo Czarne, 2014

 

Wracam na Bliski Wschód.

 

Kilka tygodni temu pisałam o książce „Dziennik czasu okupacji”, w której jej autor, Raja Shehadeh, rodowity Palestyńczyk, opisywał codzienność mieszkańca państwa, którego de facto nie ma. Dzisiaj wracam to tego rejonu, ale tym razem za przewodnika będę miała polskiego reportera, specjalistę od obszarów ogarniętych konfliktami – Pawła Smoleńskiego.

 

Pisarz ten zdążył już przyzwyczaić swoich czytelników do wnikliwych obserwacji Bliskiego Wschodu. W 2006 roku nakładem wydawnictwa Czarne ukazała się książka „Izrael już nie frunie” (swoją drogą była to pierwsza pozycja w słynnej już serii „reportaż”), w której obserwował ten kraj przez pryzmat jego zwykłych mieszkańców. Izrael od lat postrzegany był jako ta pokrzywdzona strona konfliktu, nękana terrorystycznymi atakami żądnych autonomii Palestyńczyków. Z czasem jednak zaczęto zauważać, że kraj „narodu wybranego” nie jest tak niewinny, jak go sobie do tej pory wyobrażano, a nie wszyscy Palestyńczycy są gotowi oddać swoje życie w imię ideologii. Im dłużej trwa ten konflikt, tym trudniej jest zdecydować, kto ma w nim rację.

 

Paweł Smoleński w swojej nowej książce „Oczy zasypane piaskiem” zabiera czytelników na wyprawę właśnie do Autonomii Palestyńskiej. Nie oszukujmy się, również i jego dzieło nie jest w stanie jednoznacznie pokazać nam, po której stronie w tym konflikcie należało by się opowiedzieć. Tym razem przenosi swoją uwagę z życia zwykłych mieszkańców na kwestie stricte związane z konfliktem. Jego rozmówcy dzielą się z nami opowieściami, w które nie raz ciężko nam uwierzyć. Żywe tarcze, torturowanie więźniów i bezwzględność władz izraelskich wobec drugiej strony konfliktu. Nie mogło również zabraknąć kwestii słynnego już muru dzielącego te dwa obszary, pojawia się również bolesna kwestia przesiedleń, do których przywiązani do swoich domów mieszkańcy są wielokrotnie zmuszani siłą. Smoleński porusza kwestie bolesne, o których my, mieszkańcy obszaru na którym od lat panuje pokój, możemy patrzeć jedynie przez pryzmat obrazków płynących z serwisów informacyjnych i na podstawie tych wybiórczych migawek kształtować swoją opinię.

 

W trakcie lektury tej książki nie sposób oprzeć się wrażeniu, że autor wyjątkowo dużo uwagi poświęca najsłabszym ogniwom wojny, czyli kobietom i dzieciom. Te drugie są marionetkami w rękach żądnych zemsty dorosłych, te pierwsze świadomie angażują się w konflikt. Jedna z bohaterek prowadziła grupę teatralną mającą na celu zbliżenie zwaśnionych ze sobą stron, natomiast grupka starszych pań sprawuje kontrolę nad check pointami upewniając się, że strażnicy traktują palestyńskich żołnierzy w odpowiedni, pozbawiony przemocy sposób. Opisywane przez Smoleńskiego sytuacje są jednocześnie tragiczne i wypełnione po brzegi absurdem. Powinniśmy płakać, a mimo to na naszych twarzach czasami pojawia się uśmiech.

 

„Oczy zasypane piaskiem” czytałam zaraz po „Dzienniku czasu okupacji” i niestety był to duży błąd. Obie publikacje nie tylko traktują o tym samym problemie, ale również opisują te same sytuacje, które są nim spowodowane. U Smoleńskiego pojawia się nawet rozdział poświęcony osobie Shehadeha, co zważywszy na pozycję tego drugiego jako jednego z czołowych twórców Palestyńskich nie powinno nikogo dziwić. Książki różnią się jednak w dwóch zasadniczych kwestiach. Po pierwsze, Smoleński w przeciwieństwie do Shehadeha nie jest Palestyńczykiem, a co za tym idzie, nie jest tak silnie emocjonalnie zaangażowany w sytuację polityczno-społeczną. On obserwuje te wydarzenia z boku, nie angażując się w nie bezpośrednio, przez co może pozwolić sobie na bezstronność. I tutaj płynnie przechodzimy do kwestii drugiej: Shehadeh jest palestyńskim patriotą, więc z góry jest wiadome, po czyjej stronie w tym konflikcie stanie. Polski reporter stara się przedstawić sprawę obiektywnie. Jego książka zdecydowanie nie jest laurką wystawioną dla Autonomii, czasami można wręcz odnieść wrażenie, że jego sympatia znajduje się po stronie Izraelitów.

 

„Oczy zasypane piaskiem” to kolejna książka, która pozwala nam się przyjrzeć nieco bliżej sytuacji w pogrążonym konflikcie Bliskim Wschodzie. Nie jest to oczywiście pozycja wyczerpująca ten problem, pokazuje jedynie migawki, wycinki problemów trawiących ten obszar, ujmując je nieco z innej, nieco bliższej człowiekowi, perspektywy niż media. Jak już wspomniałam, nie odpowie ona nam na pytanie, po czyjej stronie w konflikcie leży racja, bo tego chyba nikt (o ile zachowuje przynajmniej pozory obiektywności) nie jest w stanie określić. Być może warto by było tam samemu pojechać i zobaczyć, jak żyje się w tym obszarze. Tylko kto, po przeczytaniu tej pozycji, odważy się na podróż do kraju, w którym czasem brakuje nawet wody?

Newsy do kawy #1

 

I

 

Poznaliśmy finalistów tegorocznej odsłony Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. W gronie 5 najlepszych książek reporterskich minionego roku znalazły się:

 

  1. Swietłana ALEKSIJEWICZ, Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka, z rosyjskiego przeł. Jerzy Czech, wyd. Czarne;

    2. Iza MICHALEWICZ, Życie to za mało. Notatki o stracie i poszukiwaniu nadziei, wyd. Zwierciadło;

    3. Michał OLSZEWSKI, Najlepsze buty na świecie, wyd. Czarne;

    4. Göran ROSENBERG, Krótki przystanek w drodze z Auschwitz (Ett kort uppehåll på vägen från Auschwitz), ze szwedzkiego przeł. Mariusz Kalinowski, wyd. Czarne;

    5. Drauzio VARELLA, Ostatni krąg. Najniebezpieczniejsze więzienie Brazylii (Estaçao Carandiru), z portugalskiego przeł. Michał Lipszyc, wyd. Czarne.

 

Cztery pozycje wydawnictwa Czarne, trzy zagraniczne, dwie produkcji krajowej. Głosy z byłego ZSRR, dwie relacje z III RP. Niebezpieczne więzienie i wycieczka do Auschwitz. Który reportaż zasłużył na miano tego najlepszego? O tym dowiemy się już 14 maja.

 

II

 

 

Choć może trudno w to uwierzyć, to TVP Kultura jest już obecna na antenie od 10 lat. W tym jubileuszowym czasie nie mogło zabraknąć kolejnej edycji Gwarancji Kultury, nagrody przyznawanej najciekawszym osobowościom artystycznym i zjawiskom kulturalnym minionego roku. Wśród wielu kategorii pojawia się również i literatura, w której redaktorzy TVP Kultura nominowali następujące książki:

 

 

Olga Tokarczuk – „Księgi Jakubowe”

Wydawnictwo Literackie
"Za dzieło na miarę wielkiej powieściowej tradycji, za nowe odczytanie historii Polski, odkrycie jej wielokulturowości, złożoności dziejów oraz mechanizmów decydujących o losach narodów. Za powieść, w której misterny realizm splata się z mistycyzmem."

 



Ignacy Karpowicz – „Sońka”

Wydawnictwo Literackie
"Za czułe spojrzenie na los pojedynczego człowieka w czasie historycznej katastrofy oraz uświadomienie siły i inspiracji, jaką może dawać pamięć o przeszłości. Za empatię, wrażliwość i przewrotne poszerzenie kategorii wojennego melodramatu. Za interesującą narrację łączącą w sobie liryzm i okrucieństwo."

 



Jakub Żulczyk – „Ślepnąc od świateł”

Świat Książki
"Za budzący niepokój, mroczny obraz Warszawy, za podważenie wiary w możliwość funkcjonowania poza społeczeństwem oraz za stawianie niewygodnych pytań o cenę wolności, przyjaźni i lojalności."

 

Ogłoszenie laureatów już 25 kwietnia.

 

III

 

 

Na koniec zajrzyjmy do świata poezji. W została już ogłoszona lista tomików wytypowanych do Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius. Nominacje zostały tradycyjnie podane w dwóch kategoriach:

 

Książka roku:

 

  • Roman Honet, „Świat był mój” /Biuro Literackie/
  • Adam Pluszka, „Zestaw do besztań” /Wydawnictwo WBPiCAK w Poznaniu/
  • Marcin Sendecki, „Przedmiar robót” /Biuro Literackie/
  • Krzysztof Siwczyk, „Dokąd bądź” /Wydawnictwo a5/
  • Julia Szychowiak, „Intro” /Biuro Literackie/
  • Adam Wiedemann, „Z ruchem” /Wydawnictwo WBPiCAK w Poznaniu/
  • Filip Zawada, „Trzy ścieżki nad jedną rzeką sumują się” /Biuro Literackie/

 

Debiut roku:

 

  • Michał Książek, „Nauka o ptakach” /Fundacja Sąsiedzi/
  • Rafał Różewicz, „Product placement” /Zeszyty Poetyckie/
  • Urszula Zajączkowska, „Atomy” /Zeszyty Poetyckie/      

 

Ponadto za całokształt twórczości zostanie doceniony jeden z czołowych poetów pokolenia „Brulionu”, Jacek Podsiadło.

 

Gala wręczenia nagród odbędzie się 23 maja.

Sezon na słoneczniki

 

Igor T. Miecik

Agora, 2015

 

Jeszcze nie tak dawno temu o Ukrainie mówiło się jako o państwie które stoi w politycznym rozkroku pomiędzy wschodem i zachodem, nie wiedząc, w którą stronę się udać. Była to dla nas, Polaków, kraina lekko zacofana, na przykładzie której leczyliśmy swoje kompleksy pocieszając się, że tuż za miedzą znajduje się obszar, w którym jest nieco gorzej niż u nas. Prześmiewcze komentarze mieszały się z dziwnym sentymentem który czuli niektórzy z nas (zarówno ci starzy, jak i młodzież) do zachodniej części tego państwa. Ostatnio obraz takiej Ukrainy pokazywali nam m.in. Ziemowit Szczerek, Taras Prochaśko, czy nawet laureatka Angelusa Oksana Zabużko. Ukraina może i była państwem skorumpowanym, o dużych dysproporcjach społecznych, ale była przynajmniej miejscem bezpiecznym.

 

W ubiegłym roku stan ten uległ gwałtownej zmianie. I jak wszyscy wiemy, nie była to zmiana na lepsze.

 

Na rynku powoli zaczynają ukazywać się książki prezentujące ten nowy, jakże odmienny obraz Ukrainy. Krym zaczął żyć własnym życiem, wschód z Donbasem zatracił się w wojennym amoku, na zachodzie nowy rząd desperacko próbuje ratować rozpadające się państwo. Podzielone społeczeństwo rozwarstwiło się jeszcze bardziej, bracia stali się wrogami, którzy bez wahania otwierają do siebie ogień. Ci, którzy śmiali się z Ukrainy, dziś wylewają nad jej losem łzy (nierzadko krokodyle).

 

Jedną z publikacji przybliżających czytelnikowi sytuację na wschodzie Ukrainy jest „Sezon na Słoneczniki” autorstwa Igora T. Miecika, autora m.in. reportażu „14:57 do Czyty". Nie jest to jednak zwykła relacja z frontu powielająca informacje znane nam z pierwszych stron gazet. Owszem, autor przemierza Ukrainę odwiedzając „majdan”, fabrykę czekolady prezydenta Poroszenki, czy zrujnowany Donbas. Rozmawia z osobami stojącymi po obu stronach barykady, pisze o zestrzelonym samolocie, czy o głodującej Nadii Sawczenko. Równolegle do artylerii i nienawiści autor toczy jeszcze drugi, mniej oczywisty wątek. Miecik nie wybrał się bowiem na Ukrainę, by stać się korespondentem wojennym. Tak się składa, że jego korzenie sięgają wschodniego rejonu tego kraju. Tak więc ta wyprawa jest doskonałym pretekstem by powrócić do miejsca, w którym dorastała jego matka. By odbyć sentymentalną podróż.

 

W Donbasie, okręgu przemysłowym położonym we wschodniej części Ukrainy, mieszkały kiedyś trzy siostry. Gdy wkroczyły w dorosłość ich drogi się rozeszły: jedna wyjechała do Polski, druga udała się do Rosji, natomiast trzecia zdecydowała się zostać w ojczyźnie. Los każdej z nich potoczyły się inaczej, jednak i tak musiały stawić czoła trudnościom losu. Dziś to rozdzielenie nabrało wydźwięku symbolicznego, zdaje się, że pomiędzy członkami tej samej rodziny powstał skutecznie rozdzielających ich mur. Zadaniem autora jest zatem podjęcie próby zrobienia w nim wyłomu i pojednania się z dawno niewidzianymi krewnymi. Tak więc obok czysto typowo reporterskich relacji, będziemy obserwować prowadzoną na marginesie osobistą narrację rodzinną. Rozwiązanie ciekawe, które choć na chwilę pozwala nam oderwać się od tragicznej sytuacji.

 

Gdybym miała określić jednym słowem zawartość tej książki, to wybrałabym właśnie „podział”. Na kartach „Sezonu na słoneczniki” przybiera on kilka postaci, wciąż spokojny zachód zostaje zestawiony z pogrążonym w chaosie wschodem, Rosja standardowo przeciwstawia się krajom europejskim i USA, a biedni uchodźcy nijak mają się do przepychu fabryki Poroszenki (choć ta i tak nie może się równać z luksusowymi posiadłościami jego poprzednika). Kraj z dziecięcych wspomnień autora zdecydowanie odbiega swoim wyglądem i atmosferą od obecnej Ukrainy. Jedno, co pozostało bez zmian to wszechobecna korupcja i ruchy narodowościowo-wyzwoleńcze, którym nie obca jest filozofia dawnej UPA.

 

Innym określeniem pasującym do tej publikacji jest groza. Igor T. Miecik napisał bowiem książkę, która nie pozostawia nam złudzeń, sytuacja na Ukrainie wygląda źle i nic nie zapowiada rychłego rozwiązania tego bratobójczego sporu. Aż trudno uwierzyć, że wydarzenia opisane w „Sezonie na słoneczniki” nie dzieją się gdzieś na Bliskim Wschodzie, czy nawet w krajach byłej Jugosławii, tylko na terytorium naszego wschodniego sąsiada. Choć zdarzenia te nie wyglądają jeszcze tak dramatycznie, jak kilka lat temu miało to miejsce na ulicach Sarajewa, to jednak czytając wyznania niektórych separatystów włos jeży się na głowie. I pomyśleć, że to wszystko dzieje się w mieście, w którym dwa lata temu walczyli ze sobą co najwyżej europejscy piłkarze.

 

„Sezon na słoneczniki” to książka smutna, w której sentymentalna podróż autora zmieniła się w wyprawę do kraju zupełnie innego, niż ten który zachował się w jego pamięci. Choć zwykło się mówić o zwycięstwie Euromajdanu, to jednak w trakcie tej lektury można zacząć poważnie wątpić w zasadność tego stwierdzenia. Choć codziennie widzimy kolejne migawki z Donbasu i, nie bójmy się tego określenia, zdążyliśmy się do tej sytuacji na tyle przyzwyczaić, że staliśmy się obojętni na kolejne rozboje zza wschodnią granicą, to ten reportaż na nowo rozbudzi nasze emocje.

Nowości - kwiecień 2015

 

Wiosna! Po zeszłotygodniowym ataku zimy przez szczelną warstwę chmur przebiło się słońce, a temperatura stała się wreszcie znośna. Pora rozruszać kości i wybrać się na wiosenny spacer. Gdzie? Oczywiście do księgarni!

Zapraszam do przeglądu kwietniowych nowości. Wybór jest jak najbardziej subiektywny, więc jeśli pominęłam w nim jakąś, waszym zdaniem, godną uwagi książkę, dajcie mi o tym znać.

 

 

dalej »

Ukryty modernizm. Warszawa według Christiana Kereza

 

Jan Strumiłło

Nicolas Grospierre (zdjęcia)

Karakter, Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie

 

Gdy patrzę w twe oczy, zmęczone jak moje
To kocham to miasto, zmęczone jak ja
Gdzie Hitler i Stalin zrobili, co swoje
Gdzie wiosna spaliną oddycha

 

Wyobraźmy sobie, że mamy polecić obcokrajowcowi polskie miasto z piękną architekturą. Bez dwóch zdań nasz wybór padnie na Kraków lub Wrocław, w sezonie letnim być może również wspomnimy o Gdańsku. Ów osobnik może być nieco zdezorientowany, przecież w większości państw najbardziej reprezentacyjnym miastem jest stolica. W tym momencie możemy zacząć opowieść o tym, jak to źli Niemcy latem 1944 r. zrównali z ziemią zabytkowe centrum Warszawy i jak to po 1945 r. źli Rosjanie zabrali się za jej radosne odbudowywanie na swoją własną, socmodernistyczną modłę. Gotyckich katedr nie ma, zamek podrabiany – lepiej pojechać do Krakowa.

 

Inna opcja: przyznajemy mu rację i polecamy Zamek Królewski ze startym rynkiem (falsyfikaty, ale może się nie pozna), Wilanów i Łazienki z Chopinem. A ten wysoki budynek z pocztówek to symbol minionego ustroju, niechciany „dar”, nie warto do niego zaglądać.

 

Możemy też wręczyć mu książkę „Ukryty modernizm. Warszawa według Christiana Kereza” i życzyć udanej wycieczki po stolicy nieco niestandardowym szlakiem architektury powojennej.

 

Zaraz, zaraz… Ale czym jest „Ukryty modernizm” i kim jest ów osobnik, który będzie nas po niej oprowadzać?

 

Chrisitan Kerez to szwajcarski architekt i wykładowca, który wsławił się w architektonicznej historii Warszawy jako autor budynku, który nigdy nie powstał. Historii tragicznej, bo w jej wyniku ucierpiał nie tylko główny zainteresowany, ale również warszawskie Muzeum Sztuki Nowoczesnej, które od lat bezowocnie szuka swojego lokum oraz Plac Defilad, z którym po zmianie ustroju nikt nie wie, co zrobić. Był pomysł, żeby na tej pustej działce w centrum miasta wznieść muzeum, ogłoszono nawet konkurs, który w 2007 roku wygrał Szwajcar. Jego pomysł okazał się być jednak zbyt kontrowersyjny i pięć lat później media podały, że przedsięwzięcie nie dojdzie do skutku. Umowa została zerwana, niesmak pozostał.

 

Głównym „mankamentem” projektu była jego skromna, jednorodna bryła, która w zamyśle autora miała stanowić tło dla otaczających ją modernistycznych budynków z Pałacem na czele. Tak się bowiem złożyło, że architekt zamiast sugerowania wyburzenia „daru Stalina”, pokochał powojenną architekturę stolicy. W 2008 roku zdecydował się nawet zabrać swoich studentów na krótką wyprawę do Warszawy śladami tego stylu. Ze względu na ograniczony czas wybrano zaledwie kilka budowli. Efektem tej wyprawy był skrypt, który następnie przerodził się w wydany w tym roku nakładem wydawnictwa Karakter przy wsparciu (o ironio!) Muzeum Sztuki Nowoczesnej książko-album.

 

Publikacja ta składa się z czterech części. Całość otwiera esej poświęcony Kerezowi autorstwa Jana Strumiłło, architekta, który pomagał Szwajcarowi w organizacji warszawskiej wycieczki, pełniąc jednocześnie rolę jego przewodnika po polskiej stolicy. Strumiłło pojawia się również w drugiej części, czyli w wywiadzie przeprowadzonym z pomysłodawcą publikacji, w którym panowie rozmawiają o modernistycznych warszawskich obiektach oraz ich współczesnych losach. To teksty skupiające się na postaci Kereza, jego twórczości i epizodzie warszawskim,

 

Po tym wprowadzeniu możemy wreszcie przejść do sedna, czyli do budynków. Trzeba przyznać, że wybory Kereza nie są oczywiste i czasami zaskakują. Mamy tutaj cały wachlarz głównie powojennych konstrukcji (z kilkoma przedwojennymi wyjątkami), począwszy od Pałacu Kultury, Sejmu i Dworca Centralnego, przez „kultowy” Smyk, Supersam i Pawilon Chemii, aż po drobne przystanki PKS, czy zajezdnię. Architekt zwrócił również uwagę na osiedla mieszkaniowe (m.in. MDM, Sady Żoliborskie) oraz na trasę WZ. Pojawia się nawet jeden kościół, co biorąc pod uwagę ówczesne nastroje społeczne, jest wyborem zdecydowanie niestandardowym.

 

Każda prezentacja budynków (łącznie jest ich 30) została opatrzona niezbędnymi informacjami, takimi jak data powstania (nierzadko również data wyburzenia), nazwiska projektantów oraz adres pod którym się znajduje. Resztę wypełniają fotografie budynku, zarówno te współczesne autorstwa Nicolasa Grospierre, jak i te pochodzące ze źródeł archiwalnych. Dodatkowo Strumiłło wykonał plany omawianych brył, co bez dwóch zdań dodaje atrakcyjności zebranemu w tej publikacji materiałowi. Całość uzupełniają dodane na końcu krótkie noty biograficzne architektów oraz mapa, dzięki której możemy brać książkę w rękę i wyruszać na podbój Warszawy.

 

Po pierwszym przekartkowaniu „Ukrytego modernizmu” stwierdziłam, że same fotografie mogą nie wystarczyć i że przydałoby się napisać kilka zdań o każdym z prezentowanych budynków. Po lekturze całości zrozumiałam jednak, że takie uzupełnienie mijało by się z celem. Warto przypomnieć sobie, że Kerez nie jest Polakiem, tylko Szwajcarem i patrząc na ulice Warszawy nie widzi w jej zabudowaniach kontekstu historycznego, tylko same formy. Mówiąc dosadniej: nie obchodzi go kontekst historyczno-polityczny, tylko „tu i teraz”. Patrząc na PKiN widzi on ciekawą konstrukcję, a nie nacechowany negatywnymi emocjami pomnik ubiegłej dekady. Tak też powinniśmy podejść do tego albumu, oglądać budynki skupiając się na podkreślanych na zdjęciach detalach, zapominając na chwilę o wszelkich skojarzeniach i uprzedzeniach. A jeśli komuś naprawdę zależy na poznaniu historii budynków, to odsyłam do „Źle urodzonych” Filipa Springera.

 

„Ukryty modernizm” to kolejna publikacja, która próbuje oswoić nas z architekturą powojennego modernizm (dokładniej socmodernizmu), pokazując nam, że potężne, betonowe konstrukcje z lat ’50 wcale nie są brzydkie, ani monotonne. To trochę paradoksalne, że wycieczka, która powstała z myślą o szwajcarskich studentach, ma teraz edukować nas, Polaków. Może wreszcie nauczymy się spoglądać na te budynki, jak na przykłady ciekawej architektury i dostrzeżemy w nich coś więcej, niż upiornego ducha PRL-u?

 

Szkoda tylko, że w przeciwieństwie do publikacji poświęconej domostwu Hansenów, ta książka nie powstała w wersji dwujęzycznej. Równoległy tekst angielski mógłby okazać się przydatny dla obcokrajowców, którzy chcieliby poznać modernistyczne oblicze Warszawy. Choć z drugiej strony zdjęcia, które w końcu stanowią jej główny element, nie potrzebują tłumacza. Całą resztę wyjaśnić może nam internet.

Podsumowanie marca

I

 

Miesiąc rozpoczął się od ogłoszenia książek nominowanych do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego. W gronie 10 najlepszych reportaży minionego roku znalazły się:

 

  1. Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka, wyd. Czarne;
  2. Magdalena Grzebałkowska Beksińscy. Portret podwójny, wyd. Znak;
  3. Iza Michalewicz Życie to za mało. Notatki o stracie i poszukiwaniu nadziei, wyd. Zwierciadło;
  4. Piotr Nesterowicz Cudowna, wyd. Dowody na istnienie;
  5. Michał Olszewski Najlepsze buty na świecie, wyd. Czarne;
  6. Göran Rosenberg Krótki przystanek w drodze do Auschwitz, wyd. Czarne;
  7. Paweł Smoleński Oczy zasypane piaskiem. Notatki z Palestyny, wyd. Czarne;
  8. Witold Szabłowski Tańczące niedźwiedzie. Reportaże z transformacji, wyd. Agora;
  9. Drauzio VVarella Ostatni krąg. Najniebezpieczniejsze więzienie Brazylii, wyd. Czarne;
  10. Ewa Winnicka Angole, wyd. Czarne.

 

Wnioski?

Po pierwsze:

Po raz kolejny wśród nominowanych prymat wiedzie wydawnictwo Czarne. Nie ma w tym nic dziwnego, w końcu nakładem tego wydawnictwa ukazały się wszystkie nagrodzone książki w historii tej nagrody. Czy i tym razem tak będzie?

 

Po drugie:

Nominacje otrzymały jedynie trzy książki zagraniczne, co znacznie zwiększa szanse naszych rodaków na zdobycie nagrody, po raz pierwszy w jej pięcioletniej historii.

 

Po trzecie:

Tematyka. W tym roku wśród nominowanych nie ma wybijającego się tematu. Znajdziemy kilka komentarzy na tematy bieżące, ale pojawiają się również nostalgiczne (lub może bardziej traumatyczne) powroty do przeszłości. Jest Auschwitz, Bliski Wschód, transformacja, angielska ziemia obiecana, jest też i „Matuszka Rasija”. Zabrakło Ukrainy, ale przypuszczam, że reportaże ze wschodniego frontu zaznaczą się wyraźniej w przyszłorocznej stawce.

 

Finałową piątkę poznamy w kwietniu, natomiast laureat zostanie ogłoszony 14 maja 2015 r.

 

 

II

 

Dobra passa polskich autorów trwa i nie objawia się jedynie w reportażu. Laureatem Międzynarodowej Nagrody im. Herberta został Ryszard Krynicki, wybitny poeta i tłumacz (ma w swoim dorobku m.in. przekład wierszy Celana), współtwórca wydawnictwa a5. Warto dodać, że jest to pierwszy Polak, który otrzymał tę nagrodę (wcześniej byli to William Stanley Merwin oraz Charles Simic).

Uroczyste wręczenie nagrody odbędzie się 12 maja w Teatrze Polskim w Warszawie.

 

 

III

 

Ogłoszono listę książek zakwalifikowanych do jubileuszowej nagrody Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus. Przeważają zdecydowanie książki polskich autorów (co również zwiększa szanse Polaka na precedensowe otrzymanie owej nagrody), w tym „oczywiste oczywistości”, czyli Jacek Dehnel, Wioletta Grzegorzewska, Paweł Huelle, Elfriede Jelinek, Łukasz Orbitowski, Andrzej Stasiuk, Olga Tokarczuk, Magdalena Tulli, czy Serhij Żadan. Obok znanych i docenianych nazwisk pojawiają się również te mniej znane, te które pojawiły się na rynku nakładami mniejszych wydawnictw i nie miały szans na promocję w mediach ogólnopolskich. Na ogłoszenie nominacji przyjdzie nam poczekać aż do sierpnia, więc mamy dużo czasu na zapoznanie się ze zgłoszonymi pozycjami. Ich pełna lista dostępna jest tutaj.

 

 

IV

 

Nominacji ciąg dalszy. Tym razem czas na Warszawę i jej własną nagrodę literacką. W kategorii proza nominację otrzymały książki:

  1. Andrzej Stasiuk „Wschód” (wyd. Czarne)
  2. Olga Tokarczuk „Księgi Jakubowe” (Wydawnictwo Literackie)
  3. Magdalena Tuli „Szum” (Znak)

 

Kategoria poezja przedstawia się w następujący sposób:

  1. Jerzy Górzański „Wszystko jest we wszystkim” (Biblioteka "Toposu")
  2. Urszula Kozioł „Klangor” (Wydawnictwo Literackie)
  3. Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki „Kochanka Norwida” (Biuro Literackie)

 

Nagrody wręczane są również w kategoriach „literatura dziecięca” oraz „edycja warszawska” (pełna lista dostępna tutaj). Ponadto wręczana jest nagroda specjalna, tytuł Warszawskiego twórcy, który do tej pory otrzymali tacy autorzy, jak Tadeusz Konwicki, Józef Hen, czy Wiesław Myśliwski.

Ogłoszenie zwycięzców nastąpi 24 kwietnia.

 

V

 

Czas wyjrzeć poza nasze polskie poletko i sprawdzić, co dzieje się w „wielkim świecie”. Tam również nominacje i to wyjątkowo międzynarodowe. 24 marca w Kapsztadzie ogłoszono bowiem listę autorów nominowanych do The Man Booker International Prize, czyli międzynarodowemu odpowiednikowi angielskiej nagrody Bookera. To przyznawane co drugi rok wyróżnienie trafia do pisarza, który albo tworzy w języku angielskim, albo na rynku dostępne są angielskie tłumaczenia jego dzieł. W tym roku lista nominowanych prezentuje się wyjątkowo interesująco, głównie ze względu na przewagę autorów pochodzących z dość egzotycznych (z punktu widzenia Europejczyka) państw:

 

  1. César Aira (Argentyna)
  2. Hoda Barakat (Liban)
  3. Maryse Condé (Gwadelupa)
  4. Mia Couto (Mozambik)
  5. Amitav Ghosh (Indie)
  6. Fanny Howe (Stany Zjednoczone)
  7. Ibrahim al-Koni (Libia)
  8. László Krasznahorkai (Węgry)
  9. Alain Mabanckou (Republika Konga)
  10. Marlene van Niekerk (RPA)

 

W tym miejscu należą się ogromne podziękowania wydawnictwu Karakter, którego nakładem ukazały się w naszym kraju książki dwóch nominowanych autorów: Mia Couto („Lunatyczna kraina” 2010) oraz Alaina Mabanckou („Kielonek” 2008, „Afriaca psycho” 2009, „Black Bazar” 2010 oraz „Jutro skończę 20 lat” 2012). W księgarniach (lub może szybciej w antykwariatach lub bibliotekach) przy odrobinie szczęścia znajdziemy również polski przekład powieści Maryse Condé („Ja, Tituba, czarownica z Salem” W.A.B. 2007), Amitava Ghosh’a (m.in. „Chromosom z Kalkuty” Zysk i S-ka 2002, „Koło rozumu” Zysk i S-ka 2001, „Na prastarej ziemi” Zysk i S-ka 2013) oraz László Krasznahorkaia („Melancholia sprzeciwu” W.A.B. 2007, „Szatańskie tango” W.A.B. 2004, „Wojna i wojna” W.A.B. 2011).

Zwycięzcę poznamy 19 maja.

 

 

VI

 

Na koniec wiadomość, która z pewnością zasmuciła wielu fanów fantastyki. 12 marca w wieku 66 lat zmarł Terry Pratchett, twórca słynnej serii „Świat dysku”, autor wielu powieści w których fantastyka mieszała się z inteligentnym poczuciem humoru. Autor od lat zmagał się chorobą Alzhaimera, co jednak powstrzymywało go od dalszego tworzenia. W tym roku możemy spodziewać się kolejnej odsłony serii, którą autor ukończył latem minionego roku. Czy na tym koniec? Znając życie właściciele praw autorskich i wydawcy postarają się, żeby „The Shepherd's Crown” nie był ostatnią częścią cyklu.

Dziennik czasu okupacji

 

Raja Shehadeh

Karakter, 2014

 

Sytuacja na Bliskim Wschodzie nie należy do najłatwiejszych. Konflikty na tle religijnym i spory terytorialne przeradzają się w ciągłe działania wojenne. Są one od nas na tyle odległe, nie tylko w sensie przestrzennym, ale przede wszystkim ideologicznym, że przestajemy zwracać na nie uwagę. Lepiej obserwować bacznie to, co dzieje się na pobliskiej Ukrainie, niż tracić czas na zrozumienie konfliktów azjatyckich. Łatwiej nam zdecydować, kto w sporze Ukraina – separatyści (w domyśle Rosja) ma rację, niż stanąć po stronie Izraela czy Palestyny.

 

Gdybyśmy jednak mieli opowiedzieć się po jednej ze stron, to po krótkiej analizie opartej na skojarzeniach (Izrael – Judaizm – holocaust, Palestyna – Islam – Państwo Islamskie) raczej staniemy za tą pierwszą stroną konfliktu. Tymczasem każda z nich ma swoje racje, nawet ta mniej faworyzowana palestyńska.

 

O tym próbuje przekonać nas Raja Shehadeh, palestyński prawnik, dziennikarz i działacz społeczny, autor którego mogliśmy poznać dzięki książkom „Palestyńskie wędrówki”, „Obcy w domu” oraz najnowszej „Dziennik czasu okupacji” (wszystkie ukazały się nakładem wydawnictwa Karakter). Shehadeh, jak na człowieka światłego przystało, próbuje dążyć do pojednania pomiędzy skłóconymi narodami zachowując obiektywizm, co jak się okazuje nie jest wcale takie łatwe. Jako osoba wychowana w chrześcijańskiej tradycji może spojrzeć na konflikt trzeźwym okiem, odrzucając na bok wszelkie religijne uprzedzenia. Gorzej jest w przypadku wyparcia się przynależności terytorialnej, czyli szeroko pojętego patriotyzmu.

 

Nie mamy kodu pocztowego, a mimo to jest on wymagany od nas przy wypełnianiu wielu formularzy. W końcu nauczyłem się wpisywać w odpowiedniej rubryce „0000” – i to się sprawdza. Dopóki nie staniemy się prawdziwym krajem, jesteśmy narodem zero, zero razy cztery.

 

„Dziennik czasu okupacji” to jego luźne zapiski z okresu dwóch lat (grudzień 2009 – grudzień 2011), w których autor zawiera wszystko to, co jego zdaniem było warte udokumentowania, począwszy od wydarzeń politycznych, przez życie codzienne Palestyńczyków, aż po detale z jego życia osobistego. Warto dodać, że czas, w którym powstawała ta książka był czasem szczególnym z punku widzenia osób zamieszkujących Bliski Wschód. Na tych terenach oraz w Afryce północnej trwała bowiem „arabska wiosna”, okres budzących nadzieję protestów skierowanych przeciwko autokratycznym głowom państw, wyrażających niezadowolenie z dotychczasowych warunków życia i wolności obywatelskich. Jak doskonale pamiętamy, rewolucja ta w każdym państwie miała odmienny przebieg i w każdym przypadku kończyła się innym, mniej lub bardziej pożądanym rezultatem. Choć Izrael i Palestyna nie brały udziału w tej masowej rewolucji, to jednak wśród mieszkańców tych państw, wliczając w to również autora, rodziły się nadzieje na lepsze jutro. Brak bezpośredniego przełożenia rewolucyjnych nastrojów na ten spór wywołał rozczarowanie, co dość dokładnie można odczuć w trakcie lektury tej książki.

 

Próżno szukać tutaj więc optymizmu, „Dziennik” przesiąknięty jest raczej gorzkimi relacjami osoby, która ma prawo nie pałać sympatią do Izraela. Raja urodził się, wychował i wciąż mieszka w państwie, które oficjalnie nie istnieje. Porusza się w granicach enklawy, która ponad dziesięć lat temu została szczelnie odgrodzona murem od pozostałej części cywilizacji, stając się tym samym więźniem Izraela. Zależność ta rozciąga się również na pozostałe aspekty życia Palestyńczyków, dla których przejście na drugą stronę muru wiąże się z szeregiem utrudnień i nieprzyjemności. Obraz ten znajdziemy również na kartach „Dziennika” i to nie tylko w formie tekstu, ale również i zdjęć prezentujących znajdujące się na murze graffiti słynnego Banksy’ego, który w ten sposób zdecydował się wyrazić sprzeciw wobec tak radykalnej formy rozdziału dwóch terytoriów.

 

 

Shehadeh daje czytelnikowi możliwość zobaczenia tego, co kryje się za owym betonowym umocnieniem, pragnie pokazać, że nie mieszkają tam tylko i wyłącznie opętani fanatyzmem religijnym terroryści, ale przede wszystkim zwykli ludzie, który cierpią z powodu wprowadzanych przez Izrael ograniczeń w dostawach energii, przesiedleń pod byle pretekstem, o braku tolerancji wobec religii i języka nie wspominając. Autor wyraźnie daje odczuć, kto w tym konflikcie jest silniejszy, kto rozgrywa karty.

 

Nie znaczy to jednak, że jest on na tyle zaślepiony gniewie, że nie widzi tego, co dzieje się w jego ojczyźnie. Dlatego znajdziemy w książce również kilka gorzkich uwag pod adresem społeczeństwa palestyńskiego, które zaczyna się rozwarstwiać nie tylko ze względu na wyznawaną religię(Islam vs. Chrześcijaństwo), ale również zaczyna powiększać się grono osób, które faworyzują zachód do tego stopnia, że wolą mówić po angielsku, niż po arabsku.

 

„Dziennik czasu okupacji” to lektura, która z całą pewnością nie należy do łatwych. Nie pomoże nam ona znaleźć odpowiedź na pytanie, kto ma rację w tym trwającym od lat konflikcie, wręcz może ją nam utrudnić. Po tę pozycję warto sięgnąć chociażby po to, żeby zweryfikować informacje, które docierają do nas z mediów, żeby poznać opinię z pierwszej ręki i to od osoby stojącej po drugiej stronie betonowego muru.

Koniec snu zimowego - wiosenne porządki

 

W TV już od dobrego miesiąca hula wiosenna ramówka. Czas wprowadzić powiew świeżości również i tutaj.

 

Fakty są następujące: moja biblioteczka pęka w szwach. Na półkach zalegają książki, które chcę przeczytać oraz te przeczytane, które czekają na recenzję. Strony mojego kalendarza pokryte są wieloma tytułami pozycji, po które chciałabym sięgnąć. Tymczasem na blogu nie dzieje się nic. Pusto, hula wiatr i jeśli pojawi się jedna recenzja na dwa tygodnie, to jest już sukces. Zwykłe lenistwo? Nie zupełnie. Milczenie to wynikało po części ze zmiany mojego stanowiska pracy (nowe obowiązki), przeprowadzki do własnego mieszkania (jeszcze więcej obowiązków) oraz kiepskiego stanu zdrowia (niemożność wykonania wszystkich obowiązków). Ze studentki, która mogła całymi popołudniami przesiadywać z książką w kawiarniach nie wiadomo kiedy przeistoczyłam się w osobę, która na lekturę ma czas jedynie w tramwaju i której po godzinach spędzonych na tłumaczeniach na widok edytora tekstu robi się zwyczajnie niedobrze. Czas wolny przestał praktycznie dla mnie istnieć, a nawet jeśli znalazłam chwilę na odpoczynek, to wolałam się „odmóżdżyć” oglądając filmiki na youtube, niż pisać recenzje, które jednak wymagają nieco wysiłku intelektualnego.

 

Czas jednak skończyć z zimowym marazmem. Pora tchnąć nieco życia w tego bloga.

 

Jakie mam plany?

Przede wszystkim nadal będę uważnie śledzić wszystkie wydarzenia literackie, już wkrótce pojawi się wpis podsumowujący marzec, w którym w dziedzinie literatury działo się dość dużo. Będę się starała czytać pozycje nominowane do wszelkich nagród, o ile oczywiście starczy mi na to czasu i o ile będę miała do nich dostęp (reportaże nominowane do Nagrody im. Kapuścińskiego są tak rozchwytywane, że znalezienie wolnego egzemplarza w bibliotece graniczy z cudem).

 

Ponadto kontynuuję przygodę z architekturą. Już wkrótce pojawią się recenzje drugiej odsłony „Modernizmów” DodoEditor oraz „Ukrytego modernizmu” wydawnictwa Karakter. Zamierzam również powrócić do idei propagowania czytania poezji , po którą sama już od kilku miesięcy nie sięgałam (wstyd!) oraz do wycieczek szlakiem literatury światowej. Będzie również kontynuacja lektury Światu Dysku nieodżałowanego Pratchetta oraz tradycyjny comiesięczny przegląd nowości wydawniczych (kwietniowy pojawi się w najbliższych dniach).

 

Na tym jednak nie koniec. W tym sezonie będę chciała poświęcić nieco więcej miejsca fantastyce, gatunkowi, którego ze względu na moje niesłabnące zamiłowanie do gier RPG darzę szczerą sympatią (zamierzam zabrać się m.in. za „Wiedźmina”) oraz pozycjom o nieco bardziej przygodowo-detektywistycznym zabarwieniu (czyli powrót do Borysa Akunina). Nie samymi reportażami i ciężkimi powieściami (dosłownie i w przenośni) przecież człowiek żyje, od czasu do czasu należy zadbać o higienę psychiczną.

 

Wypadałoby jeszcze nieco posprzątać, czyli poukładać książki na odpowiednich półkach i wprowadzić ład na podstronach. Plany może nie tyle ambitne, co wymagające nakładu czasu, którego wiecznie mi brak. Mam jednak nadzieję, że wraz z nadejściem dłuższych dni (w perspektywie również bardziej słonecznych, choć w to ostatnio zaczynam wątpić) i odrobinie samozaparcia uda mi się je zrealizować. Przynajmniej tego sobie na ten okres wiosenno-letni życzę.