704 Obserwatorzy
104 Obserwuję
literatkakawy

Literatka kawy.

Proza, poezja, architektura. Wrażenia z ostatnio przeczytanych książek, garść informacji z rynku wydawniczego oraz okazyjne wynurzenia literaturą inspirowane.

Teraz czytam

Tatuaz z tryzubem
Ziemowit Szczerek
Przeczytane:: 36/319 stron
Chlopczyce z Kabulu
Jenny Nordberg
Przeczytane:: 162/400 stron
Usypać góry. Historie z Polesia
Małgorzata Szejnert
Przeczytane:: 328/398 stron
Krew elfów
Andrzej Sapkowski
Bodo wsrod gwiazd
Anna Mieszkowska
Modernizmy. Architektura nowoczesności w II Rzeczypospolitej Tom 2. Katowice i województwo śląskie
Andrzej Szczerski, Zbigniew Kadłubek
Przeczytane:: 73/366 stron
Plantageneci. Waleczni królowie, twórcy Anglii
Dan Jones
Przeczytane:: 32/640 stron
Grobowiec Lenina
David Remnick
Przeczytane:: 84/580 stron

Premiery i zapowiedzi - kwiecień 2016

 

 

Zapraszam do subiektywnego wyboru nowości kwietnia.

 

dalej »

Nowości - lipiec 2015

 

Wakacje i sezon urlopowy w pełni. Temperatura rośnie w zawrotnym tempie, fani opalania już rozkładają koce i leżaki, by oddać się ukochanym kąpielom słonecznym. A co jest najlepszym towarzyszem plażowicza? Książka, oczywiście.

 

Choć miesiące letnie zwane są "sezonem ogórkowym", w tym szykuje się kilka ciekawych premier. Na rynku pojawią się aż dwie pozycje poświęcone Pałacowi Kultury i Nauki oraz książki silnie związane z kultura i sztuką: malarstwo, film, muzyka, a nawet balet. Książki lekkie, interesujące, w sam raz na letnie leniuchowanie.

 

dalej »

Gołas

 

Agnieszka Gołas

Marginesy, 2015

 

Po latach popularności i wzmożonej aktywności zawodowej słuch o nim zaginął. Zszedł ze sceny i zapadł się pod ziemię - w przenośni, bo przecież żyje, choć faktycznie niektórzy są przekonani, że ten, co śpiewał "W Polskę idziemy" odszedł w siną dal. Tymczasem on wciąż jest, czuwa i od czasu do czasu o sobie przypomina.

 

Książki pisane przez dzieci sławnych postaci dzielą się na trzy kategorie:

  1. a) książki-laurki
  2. b) książki z cyklu „mój tata/moja mama jakiej nie znacie”
  3. c) moje dzieciństwo było koszmarem

 

W przypadku książki „Gołas” mamy do czynienia z podpunktem a), radosną i beztroską opowieścią Agnieszki Gołas o ojcu Wiesławie, a właściwie nie opowieścią, tylko wywiadem-rzeką, w której aktor wspomina swoje beztroskie, nieco zawadiackie dzieciństwo, pierwsze kroki na scenie i bujny rozkwit kariery, która oprócz teatru objęła również kabaret oraz film. Czytając tę książkę można odnieść wrażenie, że autorka pragnie za pomocą tej rozmowy stworzyć rys biograficzny taty oraz tym samym złożyć mu hołd. A patrząc na liczbę sztuk i filmów, w których zagrał, można śmiało wywnioskować, że jest to hołd zasłużony.

 

„Gołas” ma wiele wspólnego z dwoma innymi wywiadami-rzekami, których wznowienia ostatnio pojawiły się na rynku, mianowicie z rozmowom z Hanną Krall oraz z Tadeuszem Konwickim. Podobnie jak w tych dwóch przypadkach, tak i tutaj nie uświadczymy zbyt wiele informacji o życiu prywatnym bohatera. Owszem, dość silnie rozbudowany jest wątek „dziecięcy”, przedstawiający zawadiackiego chłopca wzrastającego w muzykalnej rodzinie. Jednak od momentu rozpoczęcia studiów, cała uwaga czytelnika przenosi się na życie zawodowe aktora, zostawiając jego życie osobiste nieco na uboczu. Czasami odnosiłam wrażenie, że autorka prowadzi narrację w iście sienkiewiczowskim stylu, „ku pokrzepieniu serc”: skupia się na pozytywach, a o sytuacjach trudnych jedynie wspomina. Śmierć ojca i siostry, rozwód, nietrafione role – to wszystko jest tutaj obecne, ale ani autorka, ani Gołas się przy nich nie zatrzymują na dłużej.

 

Czy to źle? Ależ nie, każdy ma prawo do prywatności i jeśli ktoś nie czuje się na siłach, by przeprowadzić emocjonalny striptease (jak Cywińska w swoich wspomnieniach), to musimy to uszanować. Nasza wścibskość pozostanie niezaspokojona, ale za to otrzymamy w zamian wiele interesujących historii związanych z pracą w teatrze, odkryjemy genezę „Tupotu białych mew” i „W Polskę idziemy”, wybierzemy się razem z kabaretem „Dudek” w zagraniczne wojaże (tak, w PRL-u było to jak najbardziej możliwe) oraz trafimy na plan zdjęciowy kilku filmów. Gołas ma dar do opowiadania, słucha się go nad wyraz przyjemnie. Zresztą nie tylko jego, w książce pojawiają się również głosy osób, które miały okazję z nim współpracować. Autorka zasięgnęła opinii m.in. Gustawa Holoubka, Magdaleny Zawadzkiej, Jana Kobuszewskiego, Zbigniewa Bogdańskiego. Nie liczmy jednak, że dowiemy się od nich czegoś więcej, ich wypowiedzi utrzymane są w tym samym wspominkowo-żartobliwym nastroju. No może z jednym wyjątkiem.

 

Tym, na co zwracają uwagę aktorzy i twórcy wypowiadający się w tej książce, jest krzywda, jaką Gołasowi wyrządziło jego własne, wesołe usposobienie. Otóż niemal z miejsca został on zaklasyfikowany jako aktor charakterystyczny, typ nadający się do ról komediowych, co zdecydowanie ograniczyło wachlarz propozycji, w których miał okazję się zaprezentować. Stąd też zapewne wynika brak jego obecności w ważniejszych filmach polskiej szkoły filmowej, w których tak często pojawiał się Gustaw Holoubek czy Zbigniew Cybulski (wyjątek: „Prawo i pięść”). Współpracował z Bareją, którego twórczość nie była wówczas zbyt poważana (po pierwsze: antysystemowe aluzje, po drugie: mało artystyczne obrazy). Nie zmienia to faktu, że dzięki rolom w serialach telewizyjnych („Czterej pancerni i pies”, „Kapitan Sowa na tropie”) oraz obecności w „Kabarecie starszych panów” stał się on ulubieńcem publiczności, w tym szczególnie jej damskiej części. Mimo to ten brak szansy pokazania pełnego potencjału tkwi gdzieś między wierszami i przewija się przez cały tekst.

 

„Gołas” to coś więcej, niż książka typu „patrzcie, jakiego mam fajnego tatę, patrzcie jaką karierę zrobił”. Pojawia się tutaj kilka kwestii, które z jednej strony obnażają charakterystykę pracy w kulturze w czasach PRL-u, ale również są komentarzem dotyczącym specyfiki zawodu aktora. Ale przede wszystkim jest to ciekawa opowieść o Gołasie oraz o ludziach, którzy znaleźli się w jego otoczeniu. Starsi czytelnicy powspominają stare, dobre czasy, młodzi dowiedzą się, że kiedyś z polską kulturą nie było tak źle, jak to nie raz malują. A pan Gołas będzie miał okazję wyjść z domowego zacisza, w którym z taką lubością zaszył się kilka lat temu, i ponownie zmierzyć się z publicznością. Jak za dawnych lat.

Jaśnie pan

 

Jaume Cabré

Marginesy, 2015

 

Barcelona, zmierzch XVIII wieku. Markiz de Dosrius organizuje przyjęcie na którym zjawiają się wybitne osobistości, zasłużone zarówno w dziedzinie kultury, jak i życia społecznego miasta. Spotkanie uświetnia Marie de l'Aube Desflors, znana śpiewaczka, obdarzona nie tylko pięknym głosem, ale i talentem do zwabiania mężczyzn do jej łoża. To huczne przyjęcie ma dla niej jednak niezwykle tragiczny finał. W pokoju hotelowym zostaje odnalezione ciało Marie, a wszystkie pozostawione ślady wskazują, że miało tam miejsce morderstwo. Do akcji wkracza prezes trybunału miejskiego, Rafel Massó, który ma znaleźć odpowiedź na typowe dla kryminałów pytanie: kto zabił?

 

Tak w dużym skrócie i bez ujawniania szczegółów wygląda początek „Jaśnie pana”, najnowszej (przynajmniej na rynku polskim) książki Cabré. Jak można się domyślić po obecności trupa i potrzebie odnalezienia winnego, tym razem ów pisarz oferuje nam kryminał. Oczywiście w pozostałych książkach autor przyzwyczaił nas do wątków zabawy w detektywa, jednak teraz miało do zdominować całość narracji. Ja się mu ten zabieg udał? Książka w momencie swojego wydania (1991 r.) w ojczyźnie autora wzbudziła pozytywne emocje zarówno wśród czytelników, jak i w gronie krytyków, stając się pierwszą książką Cabré, która odniosła sukces na tak dużą skalę.

 

W powieści tej spokojnie możemy odnaleźć większość cech typowych dla przeciętnego kryminału. Mamy zbrodnię, brakuje nam zbrodniarza. Pojawia się podejrzany, choć mamy wrażenie, że to raczej nie ta osoba, która faktycznie mogłaby się dopuścić takiego czynu. W między czasie poznajemy słodkie sekrety Rafaela, tytułowego „jaśnie pana”, który uwielbia spędzać czas z pięknymi kobietami (teleskop ustawiony w jego ogródku faktycznie służy mu do obserwacji ciał, tylko niekoniecznie niebieskich). Tak więc jak na porządny kryminał przystało, jest przemoc, jest też i seks. Ale na tym nie koniec, w tle pojawiają się również niesnaski polityczne, skorumpowana i zadufana w sobie władza, dla której bardziej niż faktyczna sprawiedliwość ważne są pieniądze i sława. Im dalej zagłębiamy się w tę książkę, tym więcej szczegółów wyjawia nam autor sprawiając, że choć cała sytuacja ze strony na stronę staje się coraz bardziej mroczna, to jednak wszystko powoli zaczyna układać się w logiczną całość.

 

Kryminał Cabré nie jest jednak typowym kryminałem. Nie znajdziemy tutaj bowiem żadnego suspensu, ten, który towarzyszy nam na początku lektury szybko się gdzieś ulatania, autor w połowie książki odkrywa przed czytelnikami większość kart (by resztę zachować dla siebie i nigdy się z czytelnikiem nimi nie podzielić), sprawiając, że ów szumnie zapowiadany kryminał zaczyna zmierzać w kierunku powieści obyczajowej z zagadką kryminalną w tle. Po dobrze zapowiadających się pierwszych dwóch częściach powieści, trzecia skupia się głównie na psychoanalizie bohatera oraz na zagadnieniu sprawiedliwości moralniej, zamieniając się tym samym w powieść o silnym zabarwieniu psychologiczno-obyczajowym. Nie znajdziemy tutaj zatem gwałtownych zwrotów akcji, ta snuje się tutaj raczej wolno, acz treściwie. Cabré już w 1991 roku przywiązywał wyjątkową wagę zarówno do słowa i stylu, jak i do tła historycznego, które stanowi niewątpliwie istotny element w tej powieści i pomaga czytelnikowi (zwłaszcza temu, który jest obeznany z dziejami Hiszpanii) lepiej wczuć się w klimat opowieści, a przez to może i lepiej zrozumieć zachowania bohaterów. Widać, że bardziej niż na stworzeniu wciągającego kryminału zależało mu na napisaniu uniwersalnego traktatu o źle i obłudzie. Czytając powieść odnosiłam czasem wrażenie, że Barcelona to miasto z najgorszego koszmaru, miejsce w którym różnego rodzaju żądze biorą górę nad rozwagą i intelektem.

 

„Jaśnie pan” jest powieścią zdecydowanie mniej rozbudowaną, niż „Wyznaję”, co akurat, moim zdaniem, działa na jej korzyść. Dzięki mniejszej liczbie wątków, skromniejszej liczbie bohaterów i braku ekstremalnych wycieczek w czasie i przestrzeni, łatwiej jest śledzić rozwój wydarzeń, co w przypadku tej pierwszej powieści było akurat nieco kłopotliwe. Można powiedzieć, że ta książka Cabré to ubogi krewny wychwalanego pod niebiosa bestsellera, uboższy w treść i środki ekspresji i jest w tym sporo racji. Nie ma tutaj tego rozmachu, co jednak nie oznacza, że „Jaśnie pan” to grafomańska próba literacka, bo do tego tej powieści daleko. I tutaj zdarza się wodzić autorowi czytelnika za nos, brutalnie rozwiewać nadzieje i przemilczeć kilka spraw. Trzeba po prostu wziąć po uwagę, że to przecież książka od której wszystko się zaczęło, dopiero po niej autor zaczął rozbudowywać swój styl i dążyć do tego, co znamy z jego współczesnej twórczości.

 

Nie będę ukrywać, że należałam do grona tych osób, których „Wyznaję” nie zachwyciło i do twórczości Cabré jestem nastawiona wyjątkowo sceptycznie. „Jaśnie pan” tej niechęci nie zmienił, choć muszę przyznać, że ta skromność i oszczędność środków bardziej przypadły mi do gustu. Trochę zawiodłam się na wątku kryminalnym, który w pewnym momencie nieco się rozmył i nie był w stanie utrzymać mojego zainteresowania, nieco przeszkadzał mi również dość silny moralizatorski wydźwięk całego tekstu. Mimo to mam wrażenie, że jest to szczersza, mniej wyrachowana i nastawiona na efekt wersja Katalończyka i ta naturalność pozwoliła mi po zakończeniu lektury uplasować „Jaśnie pana” w kategorii książek „z potencjałem, którym czegoś jednak zabrakło”.

 

Ale to tylko moja opinia, a ja ponownie jestem w mniejszości. Prawda jest taka, że tym, którzy zachwycali się „Wyznaję”, „Jaśnie pan” również przypadnie do gustu. To już tylko i wyłącznie kwestia oczekiwań i gustu, a o nim, jak wszyscy dobrze wiemy, dyskutować nie wypada.

 

Tablet taty

 

Darek Foks

Biuro Literackie, 2015

 

Zanim przejdę do recenzji czas na wspomnienia. Czas akcji: czerwiec 2013 r. Miejsce: Starbucks w jednej z warszawskich „galerii” handlowych. W głównych rolach ja, średnie cappuccino i „Kebab meister” Darka Foksa. Cappuccino na stoliku, szybki łyk, otwieram książkę i pogrążam się w lekturze. Trzy łyki później lektura skończona a na mojej twarzy mina wyrażająca połączenie „to już, tak szybko?” oraz „co to właściwie było?”.

 

Czas akcji: 10 czerwca 2015 r. Miejsce: własna kanapa, Łódź. W głównych rolach ja, „Pas d’action” z „Jeziora łabędziego” oraz „Tablet taty” Darka Foksa. Orkiestra zaczyna grać, ja zaczynam czytać. Utwór (ok. 8 min) nie zdążył wybrzmieć, ja docieram do spisu treści. Tym razem jestem zadowolona, choć gdzieś z tyłu głowy snuje się myśl „mogłoby być tego więcej”.

 

Tytułowy tata z nowego zbioru wierszy Darka Foksa ma tablet, a na tym tablecie trzydzieści siedem folderów. W każdym folderze ulokował inną kobietę, którą miał okazję poznać (w jakim stopniu, tego możemy się chyba domyślić). Opis każdej zamyka w 4 wersach wiersza, każdej kobiecie przypisuje odpowiednie wspomnienie, jakieś skojarzenie. Z Antoniną fantazjował na temat nieistniejących książek, Natalia czytała gazetę oparta o zlewozmywak, a Zuzanna chichotała patrząc, jak on próbuje ułożyć się na materacu. Wspomnienia na pozór nieistotne, ale jednak zostały skatalogowane i zachowane na dysku. Ku pamięci.

 

Foks dobrze czuje się w minimalizmie i trzeba przyznać, że jest mu w nim do twarzy, zwłaszcza, jeśli chodzi o poezję. W przypadku prozy i pamiętnej powieści „Kebab meister” ta zdawkowość i przewaga białej kartki nad czarną czcionką trochę mnie uwierała, może nie tyle ze względu na sam pomysł, ale na nastawienie, z jakim podeszłam do lektury. Blurb zapowiadał interesującą narrację osadzoną w realiach II Wojny Światowej, podczas gdy we wnętrzu narracji praktycznie nie było.

 

W przypadku poezji jest jednak inaczej. Wiersz nie musi ciągnąć się przez kilka stron, by z powodzeniem przekazać całą treść. Takie były modne w romantyzmie, gdy wieszczowie potrzebowali wielu strof, w których zmieścić mogliby wszystkie epitety, metafory, porównania itp., każdą końcówkę wykańczając eleganckim rymem. Dziś nikomu już się w to kraszenie nie chce bawić, dzisiaj liczy się zwięzłość przekazu: ma być krótko i merytorycznie. I tak właśnie jest u Foksa, który w swoim najnowszym tomiku zamieścił wiersze które owszem, są krótkie, ale którym nie można zarzucić braku walorów poetyckich, czy powierzchowności.

 

Z tych cztero-wersowców wyglądają nie tylko kobiety, ale i dość ciekawe obrazy, z których wiele zakotwiczonych jest w krajobrazie miejskim. Katarzyna obserwuje małe budynki, na miejscu których lada moment stanąć ma inny, większy (centrum handlowe? hotel? zakład produkcyjny?), Monika pojawia się w oparach smogu, a Ewa popadła w konsternację zauważając, że fasada jej domu została nagle przemalowana na pomarańczowo. Same bohaterki wierszy również nie są jednakowe, są bardziej i mniej odważne, czasami można odnieść wrażenie, że niektóre są zagubione, natomiast inne idą przez świat z podniesioną głową, nie bojąc się nawet zmierzyć swojego męża lodowatym spojrzeniem. I chociaż okładka książki sugeruje, że wnętrza folderów mogą skrywać pikantne smaczki, to jednak erotyzm, choć jest w wierszach Foksa obecny, zostaje tutaj zgrabnie ukryty. Tak na wszelki wypadek, gdyby pociecha taty dorwała się do jego ulubionej zabawki.

 

„Tablet taty” to tomik przyjemny i choć zamieszczone w nim wiersze są dość krótkie, to pamiętajmy, że po zakończonej lekturze możemy zabawić się w odkrywcę i poszukać w historiach tych znajomości drugiego dna. I tak jak w przypadku niedawno opisywanych przeze mnie „Powązek” odradzałam czytanie tomiku w centrach handlowych i środkach komunikacji miejskiej, tak „Tablet taty” można zabrać ze sobą wszędzie, do tramwaju, na plażę, na nudne zajęcia. Tak jak na prawdziwy tablet przystało, idealnie sprawdzi się w każdych warunkach. I czas na łyżkę dziegciu w beczce miodu: wątpię, czy wiersze te zostaną z czytelnikiem na dłużej, obawiam się wylecą z pamięci czytelnika, jak się tam dostały. Choć mogę się mylić, w końcu wpisy zamieszczane na Twitterze są wyjątkowo krótkie, a jednak mogą rozpętać prawdziwą burzę. Może z wierszami Foksa też tak będzie?

 

Reporterka. Rozmowy z Hanną Krall

 

Jacek Antczak

Agora, 2015

 

Reportaż cieszy się w naszym kraju wyjątkowym zainteresowaniem. Już od kilku lat z zaciekawieniem obserwuję, jak na półkach w księgarniach pojawia się coraz to więcej pozycji reporterskich (głównie nakładem wydawnictwa Czarne, ale nie tylko), systematycznie poszerza się nie tylko grono czytelników preferujących fakty od fikcji, ale również osób, które chcą tej prawdy dociekać na własną rękę.

 

A przecież napisać reportaż nie jest prosto. Na powieść trzeba mieć po prostu pomysł, potem wystarczy zasiąść przed komputerem i zabrać się do pisania (tak w dużym uproszczeniu). By powstał dobry materiał reporterski nie wystarczy pomysł, trzeba ruszyć się z domu i zabrać za zbieranie materiału, niekiedy narażając przy tym własne zdrowie, a nawet i życie. O ile w fikcji możemy sprawnie maskować konkretne osoby i fakty do woli korzystając z dobrodziejstw alegorii, żywiąc nadzieję, że czytelnik domyśli się, o co tak naprawdę nam chodziło, tak w reportażu takie kalambury się raczej nie sprawdzą. Reporter musi liczyć się z tym, że jego praca osądzana jest nie tylko przez czytelnika, ale i przez osobę, której dany materiał bezpośrednio dotyczy. Te niebezpieczeństwa nie zrażają jednak młodych adeptów sztuki reporterskiej, którzy pragną pójść w ślady Ryszarda Kapuścińskiego lub Hanny Krall.

 

Na rynku ukazała się właśnie książka Jacka Antczaka „Reporterka”. Jest to drugie, rozszerzone wydanie rozmów przeprowadzonych z Hanna Krall, królową polskiego reportażu. Rozmów szczególnych, bo tak naprawdę stanowiących kompilację wywiadów przeprowadzonych z pisarką z różnych okazji, przez różnych dziennikarzy. Rola Jacka Antczaka polegała więc na pieczołowitej selekcji ciekawych kwestii, które w tej niezliczonej ilości rozmów padły, ich uporządkowaniu i sklejeniu wszystkiego tak, by stanowiło jednolitą całość. Dopiero gdy pojawił się jakiś ubytek, gdy potrzebne było słowo komentarza, wówczas zwracał się z pytaniem bezpośrednio do Krall.

 

Podobnie jak w przypadku wznowionych ostatnio wywiadów z Konwickim, tak i „Reporterka” skupia się głównie na warsztacie autora, spychając wątki biograficzne na drugi plan. Z licznych rozmów uwzględnionych w tej książce wyłania się obraz pracy reportera, który w dużej mierze wiąże się z zagrożeniami wspomnianymi na początku tego tekstu. Hanna Krall opowiada o tym, jak powstają jej książki, zdradza czytelnikowi, co stanowiło dla niej inspirację i jak wglądała praca nad nimi. Na katach „Reporterki” chętnie opowiada również o swojej współpracy z innymi osobistościami świata kultury, m.in. z reżyserem teatralnym Krzysztofem Warlikowskim, Izabellą Cywińską, czy z młodszymi kolegami po fachu: Mariuszem Szczygłem i Wojciechem Tochmanem. Szczególnie dużo uwagi poświęca postaci Krzysztofa Kieślowskiego, z którym współpraca zaowocowała m.in. wyśmienitym „Przypadkiem”.

 

W „Reporterce” wyjątkowo zaznaczają się dwie kwestie. Po pierwsze – specyfika pracy reportera w czasach PRL. Reporterka opowiada o nieustannej ingerencji cenzury, o wstrzymywaniu wydań jej książek, a nawet o przemieleniu (!) nakładu jednej z jej prac. Drugą kwestią jest słynna rozmowa Krall z Markiem Edelmanem, czyli „Zdążyć przed panem Bogiem”. Choć Antczak starał się tak układać rozmowy, by w miarę równym stopniu odnosiły się do każdego z dzieł reporterki, to jednak kwestia powstania w warszawskim getcie wraca na kartach książki niczym bumerang.

 

W tej fascynującej i wciągającej opowieści o pracy reportera Hanna Krall zupełnie nieoczekiwanie ujawnia swoje dość intrygujące oblicze. Otóż okazuje się, że tytułowa reporterka to osóbka stanowcza, która potrafi wytyczać granice i ich uparcie bronić. Pomimo licznych prób nakłonienia autorki do opowiedzenia o swoim życiu, ona za każdym razem odmawia, twierdząc, że jej życie jest nudne, że nie chce rozmawiać o własnym smutku. Krall ujawnia też niezwykłą pewność siebie, brak skrępowania do wyrażenia własnego zdania. Mimo koleżeńskiego stosunku, który łączył ją z Kieślowskim, otwarcie krytykuje jego późniejsze, mniej „reporterskie” filmy. W innym miejscu przyznaje, że książki nie są dla niej specjalnie ważne i że niczego się z nich nie nauczyła, co, patrząc na zawód, który wykonuje, jest stwierdzeniem dość zaskakującym. Możemy również przeczytać, jak Krall niezadowolona z zadanego jej pytania upomina dziennikarkę. Ta bezpośredniość może razić, ale wygląda na to, że to właśnie dzięki tej cesze Krall udało się tak wiele osiągnąć.

 

W „Reporterce” od samego początku uwierała mnie trochę konstrukcja tekstu. Technika kopiuj-wklej nie do końca przypadła mi do gustu, zwłaszcza, że mam w nawyku czytać wszystkie przypisy, a te pojawiały się tutaj praktycznie po każdym zadanym pytaniu, wskazując źródło, z którego pochodzi dana kwestia. Z czasem doszłam do wniosku, że nie mam innego wyjścia, jak tylko przestać czytać adnotacje i potraktować ten kolaż jako jeden, spójny tekst. Dopiero wówczas mogłam w pełni skupić się na rozmowie i docenić głębię książki. Paradoksalnie większe moje zainteresowanie wzbudziły ciekawe dywagacje na temat pracy reportera oraz roli, jaką spełnia reportaż we współczesnym świecie , niż postać samej Hanny Krall. Zresztą jej prywatnej jest tu niewiele, nie ma miejsca na opisywanie skandali, czy dzielenie się ploteczkami. Ta książka jest trochę jak reportaż, tu liczą się fakty.

 

Warto jeszcze dodać, że na końcu książki znajduje się rozdział, w którym autor przytacza wypowiedzi na temat Hanny Krall m.in. Ryszarda Kapuścińskiego, Małgorzaty Szejnert, księdza Adama Bonieckiego, Tadeusza Sobolewskiego, Krystyny Jandy, Agaty Tuszyńskiej, Daniela Passenta, czy Krzysztofa Warlikowskiego. Całość uzupełniona została fotografiami bohaterki.

Judasz

 

Amos Oz

Rebis, 2015

 

Judasz:

1) postać z Nowego Testamentu, jeden z uczniów Jezusa, apostoł który za kwotę 30 srebrników wydał swojego Pana w ręce Sanhedrynu, skazując go tym samym na śmierć. Mówi się też, że pisał własną ewangelię, aczkolwiek Kościół twierdzi, że można tę informację włożyć między bajki.

2) osoba fałszywa, obłudna, skłonna do zdrady

 

Najnowsza książka Amosa Oza to 364 strony tego, do czego autor zdążył nas już przyzwyczaić w swojej dotychczasowej twórczości. Mamy tutaj do czynienia z pozornie mało rozbudowaną historią (młody chłopak rzuca studia i podejmuje się pracy w domu starszego, schorowanego mężczyzny), która nie dość, że jest opowiedziana w piękny, subtelny sposób, to jeszcze zawiera w sobie wyjątkowo duży ładunek intelektualny. Śmiem twierdzić, że w przypadku jego najnowszej książki jest on wyjątkowo duży, bo zmusza nas do skupienia się aż na dwóch problemach: religijnym i politycznym.

 

Judasz ujawnia się w tekście Oza w obu znaczeniach. Zacznijmy od tego dosłownego. Należy wyjaśnić, że nasz bohater, Szmuel, nie odcina się zupełnie od dopiero co porzuconych studiów, głowę wciąż zaprząta mu niedokończona praca magisterska pt. „Jezus w oczach Żydów”. Oz co jakiś czas przerywa narrację fragmentami rozważań chłopaka, który z czasem coraz większą uwagę zaczyna poświęcać właśnie postaci Judasza, dochodząc do przewrotnego wniosku, że to właśnie Judasz był najwierniejszym apostołem Jezusa. Choć takie twierdzenie może niektórych zbulwersować, to jednak po przeczytaniu argumentów Szumela trudno odmówić mu racji. Podważa on znaczenie 30 srebrników, pisze o domniemanym samobójstwie Judasza. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że tym wątkiem autor celuje m.in. właśnie w nas, Polaków, naród wciąż postrzegany za bastion wiary chrześcijańskiej i to w tym najbardziej konserwatywnym wydaniu.

 

Równolegle Oz toczy również rozważania nad sytuacją polityczną Izraela. Akcja powieści toczy się bowiem w Jerozolimie w późnych latach 50. XX wieku na terenie państwa, które dopiero co zostało utworzone. W tym kontekście pojawia się drugi Judasz, Abrabalnel, postać, która miała czelność sprzeciwić się utworzeniu państwa żydowskiego, marzeniu o którym wszyscy wyznawcy Judaizmu śnili od lat i które wreszcie miało okazję się spełnić. Przeczuwał on, że będzie to stanowiło zarzewie konfliktu, który może przynieść więcej szkód, niż pożytku. I choć z miejsca został uznany za zdrajcę, to jak się wkrótce okazało miał sporo racji. W dniu proklamacji niepodległości wybuchła wojna izraelsko-arabska, a za nią kolejne konflikty. Można mu jednak wytknąć naiwność w kwestii pokojowej koegzystencji Żydów i Muzułmanów, porozumienia, którego chyba już nigdy (obym się myliła) nie uda się wypracować. Jakby w kontrze pojawia się drugi mężczyzna, który nie patrząc na uwagi innych, nawet wbrew zaleceniom lekarskim, idzie walczyć o wolne państwo Izrael, za które ostatecznie oddaje życie.

 

„Judasz” to książka przedziwna. Akcji praktycznie w niej nie można uświadczyć, a mimo jakaś tajemna siła sprawia, że nie można się od niej oderwać. Być może jest to spowodowane aurą tajemniczości, którą Oz tak umiejętnie roztacza nad większością swoich dzieł. W końcu wraz z bohaterem trafiamy do domu, o którym zupełnie nic nie wiemy. Przed nami wiele tajemnic do rozwiązania: dlaczego starszy mężczyzna jest samotny, kim jest mieszkająca z nim kobieta, co się stało z poprzednim opiekunem. Liczba pytań w trakcie lektury będzie tylko rosła i, co chyba nie będzie wielkim zaskoczeniem, wraz z jej końcem nie otrzymamy na nie wszystkie odpowiedzi.

 

Ci, którzy niespecjalne pasjonują się kwestią polityki lub nie obchodzi ich zgłębianie istoty religii, znajdą w „Judaszu” również dość ciekawy wątek miłosny, spacery w trakcie których możemy podziwiać topografię Palestyny sprzed ponad pół wieku oraz, a nawet przede wszystkim, piękny, subtelny język, który sprawia, że książkę tą można spokojnie zaliczyć do grona literatury prawdziwie pięknej (za to podziękowania należą się również tłumaczowi, Leszkowi Kwiatkowskiemu).

 

Amos Oz stworzył pojemną książkę, która okaże się ważna zarówno dla obywateli jego ojczyzny, którzy wciąż żyją w cieniu konfliktu (obecnie z Palestyną), jak i dla Polaka, któremu zdecydowanie przyda się odświeżone spojrzenie na kwestie zawarte w Piśmie Świętym. Aż trudno uwierzyć, że wszystko to, razem z licznymi wątkami pobocznymi udało się mu zmieścić na zaledwie 364 stronach.

 

Akademio proszę, przyznaj mu już tego Nobla. Zasługuje na to, naprawdę.

 

 

Więcej na temat konfliktu izraelsko-palestyńskiego:

Oczy zasypane piaskiem

Dziennik czasu okupacji

 

Nowości - czerwiec 2015

 

Po majowym wysypie nowości nadchodzi czerwiec z początkiem sezonu ogórkowego. Ciekawych premier jakby mniej, ale i tak można znaleźć kilka intrygujących pozycji, w sam raz na pierwsze wakacyjno-urlopowe wyprawy. W tym zacnym gronie m.in. nowy Pilch oraz György Spiró, jak również pikantne ciekawostki dawnego Hollywood oraz Cesaria Evora i jej niesamowite życie.

dalej »

Gry Jaskółek

Zeina Abirached

Kultura Gniewu, 2014

 

Na dzień dziecka recenzja gatunku, który najbardziej kojarzy się z dzieciństwem. Dzieci, wrażliwe na bodźce graficzne i wszelką pstrokaciznę, znacznie lepiej reagują na obrazki, niż na pokryte drobnym maczkiem białe kartki. Komiks, bo o nim właśnie mowa, wciąga i bawi niczym najlepsza kreskówka, czyta się go szybko i równie szybko o nim zapomina.

 

Tylko, że komiks o którym piszę dla dzieci raczej nie jest. Nie ma feerii kolorów i zabawnych przygód. Owszem, jego lektura nie zajmie zbyt wiele czasu, ale mimo to ciężko o nim zapomnieć.

 

Zaina Abirached urodziła się w 1981 roku w Beirucie, stolicy Libanu. Miała pecha, bo przyszła na świat w mieście ogarniętym konfliktem. Od 1975 r. do 1990 r. na terytorium państwa toczyła się wojna domowa pomiędzy muzułmanami a chrześcijanami, co gorsza w tym samym okresie państwo znajdowało się pod okupacją syryjską. W wyniku działań militarnych śmierć poniosło ok. 120000 osób, rozpoczął się również masowy exodus Libańczyków. Bombardowania zniszczyły główne miasta a ograniczone racje żywieniowe, jak również problemy z dostawą wody i prądu sprawiły, że wiele osób znalazło się na skraju nędzy.

 

Historią tą Zaina dzieli się z czytelnikiem w komiksie „Gry Jaskółek”. Jego fabuła jest prosta: noc, bombardowanie, dzieci same w domu, rodzice próbują wrócić. Jedyną bezpieczną częścią mieszkania Zainy jest pozbawiony okien przedpokój, w którym kolejno zaczynając gromadzić się najbliżsi sąsiedzi. Każdy z nich przychodzi ze swoim własnym bagażem doświadczeń wojennych, na życiu każdego z nich konflikt odcisnął dość pokaźne piętno. Zaina przedstawia nam ich historie pokazując równocześnie, jak wyglądało życie w okupowanym mieście, rozrysowuje nawet pokrętne ścieżki, którymi musieliby biegnąc ich rodzice, by uniknąć kuli snajpera. Wokół tylko barykady i długie sznury samochodów w kolejce po podstawowe produkty (w tym wodę).

 

Czytając ten komiks nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że choć prezentuje w sumie tylko niewielki, wręcz mikroskopijny wycinek tragedii jaka spotkała mieszkańców oblężonego miasta (Barbara Demick oblężeniu Sarajewa poświęciła całą książkę), to jednak historia ta trafia do mnie mocniej, niż nie jeden „poważny” reportaż. Myślę, że to za prawą ilustracji, które idealnie uzupełniają treść przekazywaną za pomocą tekstu, idealnie odzwierciedlając emocje towarzyszące bohaterom. Przeciwnicy komiksu mogą powiedzieć, że przecież gros reportaży wzbogacone jest materiałem graficznym i zdjęcia lepiej odzwierciedlają rzeczywistość, niż odręczne bazgroły. To prawda, jednak rysunek nie pojawia się w tego typu komiksach w celu wiernej reprodukcji zdarzeń, a raczej ukazania emocji, pewnych prawidłowości. Nie twierdzę, że komiks może zastąpić dokument, ani że jest od niego lepszy. Po prostu działa na odbiorcę w zupełnie inny sposób i ma coś innego na celu.

 

Wiele osób porównuje „Gry Jaskółek” do „Persepolis” Marjane Satrapi. Jest to porównanie niemal naturalne, oba komiksy przedstawiają świat widziany oczami małych dziewczynek, obie narracje mają miejsce na Bliskim Wschodzie (Persepolis to oczywiście Iran), w obu przypadkach bohaterkom przyszło żyć w trudnych czasach. Tylko, że mała Marjane na naszych oczach dorasta, jej opowieść nie ogranicza się do jednego wieczora, ale rozlewa się na kilkanaście lat. „Persepolis” to wielowątkowa, znacznie głębsza opowieść, która, abstrahując już od młodzieńczych perypetii bohaterki, pokazuje znacznie większy wycinek historii jej ojczyzny i znacznie lepiej nas w niego wprowadzając. W „Grach Jaskółek” trochę tego brakuje, po zakończonej lekturze czuć niedosyt, zarówno ze względu na kwestię stricte fabularną, jak i ze wzglądu na brak informacji o opisanym konflikcie. Ale może właśnie to miała na celu Zaina? Zaintrygować czytelnika i zmusić go do dalszych poszukiwań? Kto wie.

Pamiętam, że było gorąco. Rozmowa z Tadeuszem Konwickim

 

Katarzyna Bielas, Jacek Szczerba

Wydawnictwo Czarne, 2015

 

Śmierć wybitnej osoby w świecie literatury jest doskonałym chwytem marketingowym. Odejście znanego pisarza to w końcu idealny pretekst do wydania niezliczonej ilości wznowień jego dzieł, co stanowi niejako odpowiedź na zapotrzebowanie rynkowe. Wokół zmarłego powstaje hype, wszyscy o nim mówią, wszyscy chcą zapoznać się z jego twórczością, dowiedzieć się czegoś więcej o jego życiu. Choć zarabianie pieniędzy na tragedii brzmi brutalnie, jest to zjawisko jak najbardziej powszechne i akceptowane. Po śmierci Szymborskiej doczekaliśmy się albumu z jej młodzieńczymi próbami literackimi, po Mrożku zostały listy i obrazki, natomiast po śmierci Konwickiego szybko dostaliśmy ponowne wydanie wywiadu-rzeki, który w 2001 z reżyserem i literatem przeprowadzili dziennikarze "Gazety Wyborczej", Katarzyna Szczerba i Jacek Bielas.

 

Zacznijmy od tego, że choć Konwicki zaliczany jest w poczet wybitnych twórców współczesnej literatury polskiej i książki jego autorstwa pojawiają się już na listach lektur szkolnych, to jednak pozycja ta nie zgłębia jego działalności literackiej. Owszem, literatura tu i ówdzie zaznacza swoją obecność w rozmowie, można podpatrzeć elementy warsztatu twórczego pisarza, ale jest to obecność drugoplanowa, potraktowana trochę jak dodatkowe, hobbistyczne zajęcie reżysera. Podobnie ze szczegółami z życia osobistego autora. Tu i ówdzie pojawia się wspomnienie dzieciństwa i partyzantki, czasami zjawia się żona, gdzieś zza rogu wyskakuje kot Iwan. Nie ma tu skandali, ani szokujących wyznań. Dziedziną, która stanowi oś tego wywiadu, jest bez dwóch zdań film.

 

„Pamiętam, że było gorąco” to tak naprawdę historia polskiego kina PRL ukazana przez pryzmat twórczości Konwickiego. Rozmowa zaplanowana jest jako chronologiczny przegląd twórczości reżysera, począwszy od jego działalności w Kadrze na pozycji kierownika literackiego, przez pierwszą, nieco samozwańczą próbę reżyserską w postaci „Pierwszego dnia lata”, niesamowite „Salto”, aż po wieńczącą jego działalność filmową „Lawę”. Konwicki zdradza swoim czytelnikom szczegóły powstawania każdej produkcji, opowiadając zarówno o genezie danego dzieła, jak i ujawniając szczegóły pomagające w interpretacji utworów (niewtajemniczonym wyjaśnię, że filmy Konwickiego z kinem hollywoodzkim nie mają nic wspólnego i ich odbiór wymaga jednak wysiłku intelektualnego). Mówi, co kierowało nim przy wyborze miejsca na plan zdjęciowy oraz o kompletowaniu obsady (piękne panie miały fory). Oczywiście jest też mowa o wszechobecnej interwencji władzy w twórczość ówczesnych ludzi kultury i sztuki, która pokrzyżowała plany niejednego artysty (w tym i Konwickiego przy próbie stworzenia scenariusza dla „622 upadków Bunga” Witkacego)*. Pada również kilka uwag pod adresem krytyki, która nie zawsze patrzyła na jego filmy przychylnym okiem, udowadniając tym samym, że niektóre dzieła na docenienie muszą poczekać kilka lat.

 

Opowieści Konwickiego nie są skoncentrowane jedynie na jego postaci, w wywiadzie co rusz wspomina również swoją współpracę z najwybitniejszymi aktorami i reżyserami drugiej połowy XX wieku. W rozmowie pojawia się Tyszkiewicz, Łomnicki, Łapicki, Cybulski a nawet młody Żmijewski, który za rekomendacją Łapy otrzymał jedną z głównych ról w „Lawie”. Dużo miejsca poświęca Wajdzie, Kawalerowiczowi oraz Dygatowi, z którym odbywał wielogodzinne rozmowy telefoniczne. Nie mogło zabraknąć i Gustawa Holoubka, przyjaciela reżysera, który, zgodnie z indeksem nazwisk zamieszczonym na końcu książki, jest osobą, o której Konwicki wspomina najczęściej. Mówi zarówno o tym, jak mu się współpraca z aktorami układała na planie i jak później wspólnie „uderzali w gaz” na suto zakrapianych alkoholem bankietach.

 

Konwicki opowiada o tym wszystkim w sposób niezwykle swobodny, podchodząc z dystansem do swoich dzieł (co w środowisku artystycznym nie jest zbyt często spotykane), od czasu do czasu dorzucając jakąś anegdotę z planu zdjęciowego. Choć rozmowa prowadzona jest w sposób chronologiczny, to jednak (jak na wywiad-rzekę przystało), jest to konstrukcja płynna i pełno tutaj niezwykle cennych dygresji. Mowa jest o wspomnianym już kocie autora, jego (autora, nie psa) wiary w zabobony oraz o legendarnych już spotkaniach z Gustawem Holoubkiem w warszawskim Czytelniku (co ciekawe, na początku Konwicki spotykał się tam z innym polskim literatem, Leopoldem Tyrmandem). Przez cały czas w tle, obok ducha literackiego, wyraźnie zaznacza swoją obecność kresowość, którą pisarz wyjątkowo cenił i do której przywiązywał szczególną uwagę.

 

„Pamiętam, że było gorąco” to wyjątkowa, nieco melancholijna podróż do czasów, kiedy polskie kino, pomimo ograniczonych środków i ingerencji władzy, było w kondycji godnej pozazdroszczenia. Wyprawa ta intryguje tym bardziej, że będzie nam w niej towarzyszyć postać niebanalna, istny samograj. Jest to książka inteligentna i nie pozbawiona humoru, co zawdzięczamy nie tylko Konwickiemu, ale również Bielas i Szczerbie. Bo sukces wywiadu nie tkwi jedynie w ciekawych odpowiedziach, ale i w umiejętnie zadawanych pytaniach.

 

W jednej ze swoich anegdot Konwicki dowcipnie opowiada o tym, jak wróżki przepowiedziały mu wiek, w którym pożegna się ze światem: jedna dała mu dziewięćdziesiąt dwa lata, druga pięć lat więcej. Ta zapowiedź długiego życia podbudowała go i dała mu poczucie bezkarności, zwłaszcza w trudnym okresie walki z cenzurą. Pisarz zmarł wcześniej, w wieku 88 lat. Można narzekać, że była to śmierć przedwczesna (bo każda taka jest), jednak patrząc na jego dokonania można spokojnie stwierdzić, że nawet te 88 lat wystarczyło, by wpisać się do panteonu zasłużonych dla kultury polskiej. Jeśli więc ktoś nie zna jeszcze jego twórczości, lub pragnie poznać lepiej sylwetkę mistrza, powinien koniecznie sięgnąć po tę książkę i oczywiście zapoznać się z jego twórczością.

 

*Więcej na ten temat można znaleźć w książce „Historia niebyła kina PRL” Tadeusza Lubelskiego (Znak, 2012)

Powązki

 

Tadeusz Pióro

Biuro Literackie, 2015

 

Kiedy po raz pierwszy przeczytałam najnowszy tomik Pióry w mojej głowie pojawiła się jedna prosta myśl:

 

O co w tym wszystkim chodzi?

 

Przeczytałam i nie wiem, co przeczytałam. Zaczęłam szukać usprawiedliwienia, może nie powinnam byłam czytać „Powązek” w niedzielne przedpołudnie, po wieczorze spędzonym w operze w miłym towarzystwie Czajkowskiego i uroczych tancerzy z Monte Carlo (dałam się skusić tej parze tancerzy na okładce). Może to zaspanie i opary kwitnącego bzu sprawiły, że czytając kolejne wersy dostałam zadyszki? Może Pióro wymaga tego szczególnego rodzaju skupienia, który pomaga odnaleźć sens w nawet największej plątaninie myśli i skojarzeń wiedzionej kluczem, którego znaleźć, pomimo wszelkich wysiłków, nie można? Bo przecież powrót po 4 latach poetyckich wakacji jednego z ważniejszych poetów współczesnych nie może być bezładem. Po prostu ktoś taki nie mógłby sobie na to pozwolić.

 

Jakiś czas temu pisałam o „Klangorze”, w którym Urszula Kozioł wyrażała silne emocje za pomocą strof wzniesionych ze spiżu, pięknych i kształtnych. Pióro swoją poezję ulokował na zupełnie przeciwnym biegunie poetyckiej stylistyki. Jego wiersze są bełkotliwe, na pierwszy rzut oka bliżej im do wyciągu ze strumienia świadomości, w którym jedna myśl przechodzi płynnie w drugą, nie zawsze się przy tym kierując logiką, a częściej polegając na bodźcach, niż do misternie rozplanowanego dzieła poetyckiego. Czy to znaczy, że Kozioł tworząc swój tomik włożyła w niego więcej wysiłku, niż jej bałaganiarski młodszy kolega?

 

By znaleźć odpowiedź na to pytanie wystarczy zwizualizować sobie następującą sytuację: pedant wchodzi do pokoju bałaganiarza i zaczyna wielkie porządki: książki układa alfabetycznie, ubrania kolorami, wszystkie przedmioty zalegające na biurku starannie segreguje i lokuje w szafkach i szufladach. W zdecydowanej większości przypadków tak uszczęśliwiona osoba nie będzie w stanie odnaleźć się w tej nowej, logicznie urządzonej rzeczywistości, natomiast w nieporządku funkcjonowała świetnie. Okazuje się bowiem, że nawet w największym chaosie kryje się odrobina porządku i organizacji. W najnowszych wierszach Pióry również.

 

Pióro jest obserwatorem, rejestruje otaczającą go rzeczywistość i utrwala za pomocą poezji. Jego obserwacje, jak już wspomniałam, są poszatkowane, wiedzione skojarzeniami i, co jest niezwykle ważne, a o czym jeszcze nie wspomniałam, okraszone dużą dawką ironii i dystansu, które w przeciwieństwie do pięknych wierszy poetów starej szkoły, zakorzenione są w czasach współczesnych. Zamiast przytaczania mitologicznych herosów mamy referencje do „Czterech pancernych”, a piękne frazy zastąpione zostają frajerami.

 

Kogo Pióro pochował na „Powązkach”? Na pewno nie będzie to Aleja Zasłużonych, choć korowód wybitnych przedstawicieli kultury i sztuki rusz pojawia się w wierszach. Ktoś czyta Trylogię, jest Rilke, Kant, Hegel, Mann, a nawet Miłosz, ich rola ogranicza się jednak jedynie do wtrętu, brakującego elementu w układance. Groby które tutaj znajdziemy wypełnione są wspomnieniami autora, począwszy od pierwszej randki, przez enigmatyczną postać wuja, debiut, wizyty w klubach, czy podróże komunikacją miejską. Jest trochę PRL-u, trochę współczesności. Bywa zadziornie, jest też refleksyjnie. I tak przedzieramy się tak przez te wszystkie reminiscencje i kalambury, aż ostatecznie lądujemy na dwóch cmentarzach: zarezerwowanych dla wielkich Powązkach i bliższej przeciętnemu obywatelowi Wólce. Jeśli jednak czytelnikowi wydaje się, że będąc u celu podróży znajdzie rozwiązanie, coś w rodzaju klucza, to niestety się rozczaruje. Koniec jest gwałtowny, minimalistyczny i jeszcze bardziej niejasny.

 

Jak już wspomniałam, między wierszami możemy odszukać wiele aluzji, jednak jednym z najczęściej powracających tematów (oprócz miłości) jest sam utwór poetycki, którego autor pozwala sobie porównać do „samogwałtu” i poświęcić takiemu zestawieniu cały wiersz. Innym razem, w „Debiuciku” autor zasypuje czytelnika listą prostych rymów, które z pewnością nie są obce żadnemu poecie, który stawia pierwsze kroki w świecie literackim. Jest też „Hazard” poświęcony krytyce i ciąganiu artystów po sądach. Właściwie można zastanowić się, czy przypadkiem adresatem części jego wierszy nie jest kobieta, ale poezja właśnie (patrz „Dlaczego jestem frajerem”).

 

Tak, to nie są wiersze, które można czytać po ciężkim dniu, czy przy kawie w centrum handlowym, w przerwie pomiędzy zakupami. Poezja Pióry wymaga tego szczególnego skupienia i zaangażowania czytelnika. Autor zaprasza nas do zabawy, droczy się z nami i wodzi za nos. Ich lektura nie jest łatwa, ale odkrywanie wszystkich (pop)kulturowych nawiązań sprawia, że obcowanie z tym skromnym, 40-stronicowym tomikiem, przyniesie nam wiele satysfakcji.

 

A dla tych, który utknęli w gęstwinie myśli autora, Pióro przewidział motto:

 

 

Tylko w przypadku Pióry jest warto go zrozumieć. Przynajmniej tak mi się wydaje.

Komiks wierszem po ukraińsku

 

Biuro Literackie, 2015

 

Komiks jest dziedziną sztuki, z którą większość czytelników ma dość duży problem. Pamiętam, jak kiedyś w jednej z grup wzajemnej adoracji czytelniczej na Facebooku wybuchła żywa dyskusja, czy komiks, który jakby nie było składa się w większości z obrazków, można w ogóle uznać za literaturę. Ku mojemu zdziwieniu, zwolenników opcji dyskryminującej komiks było wielu, jednak ich argumenty ograniczały się do wniosków wysnutych z przykładu Marvela. A przecież komiks to nie tylko superbohaterowie, którzy chcą chronić świat, to również całe spektrum innych technik i tematów, czasem nie mniej poważnych, niż te, które stanowią podstawę literatury z górnej półki.

 

Wrocławskiej Biuro Literackie wpadło na dość nietypowy pomysł, by połączyć ze sobą dwie skrajne formy literackie, popowy komiks i wyrafinowaną poezję. Od 3 lat organizuje konkurs dla rysowników, którzy chcą się stawić czoła zadaniu ubrania wiersza w rysunkową formę. W tym roku uczestnicy musieli zmierzyć się z twórczością artystów ukraińskich, których wiersze obecne są w ofercie wydawnictwa już od lat. Najlepsze z nadesłanych prac zostały wydane w formie unikalnego albumu, w którym poezja łączy się z ilustracją, tworząc zupełnie nowe dzieło.

 

Przed uczestnikami postawiono więc niełatwe zadanie. Poezja brzmi pięknie, jednak nie zawsze można z powodzeniem ją zwizualizować. Prawdziwy problem powstaje, gdy poeta zamiast snuć w miarę uporządkowaną opowieść, daje się ponieść emocjom, tworząc tekst o dość enigmatycznej wymowie. Na tym jednak nie koniec trudności. Jak już wspomniałam, w tym roku bank wierszy wypełniała poezja ukraińska, która chyba dla większości polskich czytelników jest produktem egzotycznym, wciąż czekającym na oswojenie. Trzeba uważać na wszelkie smaczki kulturowe i społeczne ukryte w wierszach, nawiązania i komentarze.

 

Pokonkursowy almanach to zbiór 16 prac interpretujących wiersze 11 poetów. Każda z nich wykonana została odmienną techniką, każdy artysta miał swój własny pomysł na rysunek. Począwszy od ścisłego trzymania się tekstu i dosłownego przetłumaczenia słów poetów na język obrazu, aż po autorską interpretację utworów. Od kolażu, przez wymyślne grafiki, aż po niesforne, jakby odręczne kreślenie kresek. Prace prezentują się świetnie, rozmaitość potwierdza tylko wielotorowość współczesnej szkoły komiksu.

Na tle wszystkich prac zdecydowanie wyróżnia się komiks Edyty Bystroń oparty na wierszu „Bożonarodzeniowe naśladowanie Żadana” Jurija Izdryka, jedna z trzech laureatek pierwszej nagrody. Sukces zapewnił jej przede wszystkim wybór wyjątkowo plastycznego wiersza traktującego o hollywoodzkich wampirach i nieco przewrotne zinterpretowanie jego treści. Całość zamknęła w tradycyjnej, „dymkowej” formie komiksu z ilustracjami, które choć mogą wydawać się nieco zbyt proste, wręcz niedbałe, to jednak idealnie współgrają z wierszem Izdryka. To, przynajmniej w moim odczuciu, jedyna praca która jest komiksem, takim z krwi i kości, a nie zaledwie ilustracją do wiersza.

 

Bo z resztą bywa już różnie. „Szyjąca kobieta” Hałyny Kruk została zilustrowana przez Agnieszkę Świętek niezwykle starannie, ściśle nawiązując do myśli przewodniej wiersza. I tak mamy tutaj słowa wyszywane na różne sposoby, wklejki materiałów i projektów, naparstki, centymetry, igły itp. Efekt świetny, ale to wciąż tylko ilustracja. Nie inaczej jest w przypadku zinterpretowanego przez Radka Jakubiaka wiersza Nazara Honczara „[czy mnie bawisz czy nudzisz]”, gdzie całość została sprowadzona do trzech planszy z tekstem utworu i pomysłowymi ilustracjami. Czy jednak taka „plakatowa” forma może zostać nazwana komiksem?

 

Zbiór „Komiks wierszem po ukraińsku” prezentuje się świetnie, jednak w trakcie czytania kolejnych wierszo-komiksów napotkałam na pewien nieoczekiwany problem. Otóż czasami otoczka przeszkadzała mi skupić się na treści wierszy, zwłaszcza, jeśli dany utwór był nieco bardziej abstrakcyjny, a jego interpretacja odbiegała od jego treści. Po pierwszym zapoznaniu się z albumem bez problemu mogłam przypomnieć sobie wszystkie komiksy, jednak gdyby ktoś spytałby mnie, czego konkretnie te wiersze dotyczyły, z doprecyzowaniem treści niektórych prac miałabym już problem. Natomiast w przypadku wyróżnionego komiksu „Kijów w maju” Uadzimira Pazniaka duże, czarno-białe plansze działały tak na mój wzrok, że nie byłam w ogóle w stanie odczytać maleńkiego tekstu skrytego wśród czarno-białej szachownicy rysunku. Całe szczęście na końcu almanachu zostały zamieszczone wiersze w wersji saute, co, jeśli weźmiemy pod uwagę również komiksy z odręcznie pisanym (lub tak stylizowanym) tekstem, jest świetnym rozwiązaniem.

 

Komiks i wiersz mogą istnieć wspólnie i stanowią idealne rozwiązanie dla tych, którzy na dźwięk słowa „poezja” dostają gęsiej skórki. Jest to rozwiązanie typowo popowe i w żaden sposób natłok wzorów i kolorów nie może zastąpić czarnego tekstu zapisanego na białej kartce. Może za to stanowić zaczyn do stworzenia zupełnie nowego, odrębnego dzieła. Wystarczy dobry pomysł i, nie ma co się łudzić, plastyczny tekst.

Dziennik. Pięć zeszytów z łódzkiego getta

 

Dawid Sierakowiak

Marginesy, 2015

 

O II Wojnie Światowej napisano już dużo i choć może się nam wydawać, że o tym wydarzeniu powiedziano już wszystko, to wciąż na rynku pojawiają się nowe pozycje poświęcone tym smutnym wydarzeniom i, co jeszcze bardziej dziwi, wciąż silnie one na nas działają. Taką książką jest zdecydowanie „Dziennik” Dawida Sierakowiaka, żydowskiego nastolatka z łódzkiego getta.

 

Zacznijmy od rysu historycznego. Warszawskie getto zna każdy, z łódzkim jest już gorzej. Założone w 1940 roku na obszarze dzisiejszych Bałut stało się ono pierwszym w pełni odizolowanym obszarem na terenie okupowanej Polski, drugim co do wielkości i jednym z nielicznych, które przetrwały praktycznie do końca wojny. Gromadziło ono ludność żydowską nie tylko z Łodzi (która jako przemysłowe miasto wielokulturowe w dużej mierze prosperowała w oparciu o kapitał żydowski), ale również z całego obszaru centralnej Polski. W przeciwieństwie do stolicy, w Łodzi nigdy nie wybuchło powstanie, co oczywiście nie znaczy, że warunki bytowe były lepsze. Były tak samo beznadziejne jak w każdym innym miejscu, którego przeznaczeniem była eksterminacja narodu żydowskiego.

 

Łódzkie getto w 1940 roku

 

„Dziennik” reklamowany jest jako polski odpowiednik zapisków Anne Frank, nieco dojrzalszy (Dawid jest starszy od Anne o 5 lat), pokazujący wojnę nie z ukrycia, ale praktycznie z samego centrum wydarzeń. Chłopak pieczołowicie odnotowuje każdy dzień wojny, aż do momentu, w którym na notowanie brakło mu sił. Bruliony z notatkami zostały odnalezione po wojnie w jednym z mieszkań na łódzkich Bałutach, zniszczone, z ubytkami, ale jednak część z nich udało się odzyskać. To co przetrwało zostało wydane w formie książki, najpierw w USA, a teraz, po latach, wreszcie w Polsce.

 

Choć do obecności wątków wojennych i tych związanych z holocaustem zdążyliśmy się już przyzwyczaić, to jednak relacja Dawida wciąż jest poruszająca. Chłopiec mieszkający w nowoczesnym bloku z kochającymi go rodzicami i młodszą siostrą trafia nagle w sam środek wojennej zawieruchy. Na kartach dziennika przyjdzie mu opisać wydarzenia, o których mu się nawet nie śniło, gdy w czerwcu zdobywał pienińskie szczyty. Beztroskie notatki z wakacyjnego wyjazdu w mgnieniu oka przeistoczą się w relację z walki o przetrwanie, chęć otrzymania dobrych wyników w nauce zostanie zastąpiona troską o choćby odrobinę ziemniaków. Z dniem 1 września 1939 roku to co było zostaje oddzielone grubą kreską od tego, co jest teraz.

 

Jeśli ktoś myśli, że Dawid to naiwny nastolatek, który traktuje pamiętniczek jak swojego przyjaciela i powiernika, to jest zdecydowanie w błędzie. Autor jest chłopcem rezolutnym i nad wyraz inteligentnym (jest prymusem, zna pięć języków, tłumaczy, kocha literaturę), żywo interesuje się sytuacją polityczną, nawet jeszcze przed rozpoczęciem wojny. Jego notatki są oszczędne, zawierają jedynie same najważniejsze informacje z danego dnia, choć nie brak w nich również jego rozterek i obaw. Dawid nie próbuje się oszukiwać, wiara w szybkie zakończenie wojny z czasem przemija, zostawiając jedynie brutalną rzeczywistość. I to właśnie ten realizm jest, moim zdaniem, największą zaletą „Dziennika”.

 

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że wraz z kolejnymi miesiącami, notatki Dawida stają się coraz to bardziej skoncentrowane na aspekcie żywieniowym. Nie ma dnia, bez opisu tego, co udało się Sierakowiakom zdobyć do jedzenia, celem chodzenia do szkoły coraz częściej była wydawana na stołówce zupa, nie inaczej było w przypadku pracy. Autor z bezpiecznej roli dziecka stał się nagle jednym z głównych żywicieli rodziny, którego los zależy tylko i wyłącznie od niego samego. Walczy dzielnie, choć jest to walka z góry skazana na jego porażkę. Cierpienie, na które jest skazany, zdaje się znosić dziennie. Tylko możemy sobie wyobrazić, co musiał czuć, gdy pierwszy raz zobaczył na swojej twarzy objawy, które oznaczają skrajne wygłodzenie i gdy stopniowo tracił swoich znajomych i bliskich.

 

Chaim Rumkowski

 

Chociaż dziennik nie jest kompletny i brakuje w nim m.in. momentu przeprowadzki do getta, to i tak można go uznać za kronikę społeczności żydowskiej okupowanej Łodzi. Autor starał się angażować w działalność organizacji politycznych (sympatyzował z ideologią komunistyczną), stąd mniej więcej na bieżąco wiedział, co dzieje się na terenie getta i słyszał różne, nie zawsze prawdziwe, doniesienia z zagranicy. W jego notatkach często pojawia się Chaim Rumkowski, dyktator łódzkiego getta, postać kontrowersyjna, posądzana o kolaborację z nazistami. Na kartach swojego brulionu odnotowuje kolejne transporty Żydów przybywających z pobliskich miejscowości (Łask, Sieradz, Bełchatów), pisze również o eksterminacji starców, dzieci i osób niezdolnych do pracy. Dawid doskonale wie, co dzieje się z tymi osobami, wie również, że ci zabrani do szpitala nigdy z niego nie zostaną wypisani. Nie wierzy w to nawet wtedy, gdy los ten dzieli jego matka.

 

Skoro jesteśmy już przy rodzinie, nie sposób nie wspomnieć, że wątek rodzinny odgrywa w „Dzienniku” dość istotną rolę, zwłaszcza jeśli chodzi o postać ojca Dawida. Z zapisków chłopaka możemy wyczytać, w jakim stopniu walka o przetrwanie może zmienić człowieka i jak z kochającego ojca można stać się potworem okradającym swoich najbliższych z dość skromnych racji żywieniowych. Ci, których niegdyś kochaliśmy stają się nagle najgorszymi wrogami, co doskonale ilustruje jego stosunek do wycieńczonej żony, której zdaniem Dawida, najchętniej by się po prostu pozbył.

 

„Dziennik” to kolejne świadectwo holocaustu, prawdziwe, pozbawione patosu i tak powszechnej wówczas martyrologii. Nie ma tutaj też bezpośredniego rozlewu krwi, niewiele jest przemocy bezpośredniej. Obozy koncentracyjne i komory gazowe istnieją gdzieś w tle, spełniają rolę groźby wiszącej nad mieszkańcami getta. W Łodzi największym problemem jest życie w skrajnej nędzy i wiążące się z tym głód, osłabienie i wyniszczające choroby.

 

Polskie wydanie książki zostało wzbogacone materiałem fotograficznym dokumentującym owe czasy oraz opracowaniem Kamila Turowskiego oszczędne zapiski Dawida opatrzone wyczerpującymi przypisami, które pomogą nam nieco lepiej zrozumieć tamte realia. I choć możemy marudzić, że jesteśmy już zmęczeni obecnością ducha II Wojny Światowej w polskiej literaturze, to po tę pozycję zdecydowanie warto sięgnąć.

Warszawskie Targi Książki, czyli Nike, Gdynia i Kapuściński

 

Nadszedł ten moment w roku na który wszyscy fani literatury (no, prawie wszyscy) czekają z niecierpliwością: Warszawskie Targi Książki. Te kilka dni to nie tylko czas spotkań autorskich i okazji cenowych, ale również moment idealny do ogłaszania nominacji i wręczania nagród.

 

dalej »

Antoine Cierplikowski. Król fryzjerów, fryzjer królów.

 

Marta Orzeszyna

Znak, 2015

 

Jedni uznanie zyskują po śmierci, o zasługach innych zupełnie się zapomina. Antoine Cierplikowski to doskonały przykład na to, jak osoba, która niegdyś cieszyła się niebywałą sławą, w magiczny sposób zniknęła z kart historii.

 

O Cierplikowskim po raz pierwszy usłyszałam niemalże dekadę temu. W Wysokich Obcasach natknęłam się na artykuł o fryzjerze z Sieradza, który pozbawił kobiety długich pukli, dając tym samym początek modzie na chłopczycę, ulubiony styl lat dwudziestych minionego wieku. Jako odwieczna pasjonatka 20-lecia międzywojennego nie mogłam wyjść z podziwu, że pomysłodawcą tej jakże istotnej zmiany jest Polak i to w dodatku rodem z pobliskiego Sieradza. Jeszcze bardziej zaczęło mnie zastanawiać to, dlaczego w moim 16-17 letnim życiu nigdy o tej personie nie słyszałam, dlaczego jego rodzinne miasto w żaden sposób nie akcentuje, że wielki Antoine wywodzi się właśnie z tych stron. Nic się o nim nie mówiło, zupełnie tak, jakby nigdy nie istniał. Taki stan trwał do 2009 roku, kiedy to odbyła się w Sieradzu pierwsza edycja festiwalu Open Hair, święta fryzjerstwa, które dedykowane zostało właśnie Cierplikowskiemu. Stopniowo legenda mistrza zaczynała ożywać i po wielu latach zapomnienia zaczął powracać.

 

 

Nakładem wydawnictwa Znak ukazała się niedawno biografia Antoine’a, w której Marta Orzeszyna stara się udowodnić, że Cierplikowski wielką personą był i zawdzięczamy mu dużo więcej, niż wspomnianą już chłopczycę. A jakby tego było mało, to sieradzanin prowadził tak niesamowicie barwne i wystawne życie, jakiego mógłby mu zazdrościć nawet Wielki Gatsby.

 

Trzeba przyznać, że historia młodego chłopaka z Sieradza to prawdziwy „american dream” w wersji francuskiej. Z małej mieściny w zaborze rosyjskim trafił na paryskie salony, gdzie kilkoma finezyjnymi ruchami nożyczek odmłodził aktorkę Ève Lavallière, dając tym samym początek nowej modzie, która idealnie korespondowała z rodzącą się wówczas emancypacją kobiet. Autorka starannie stara się odtworzyć drogę fryzjera do sławy, akcentując jego wszystkie kolejne innowacje, które nie ograniczały się jedynie do coraz to odważniejszych fryzur. To on zaczął myć swoim klientkom włosy w salonie, to on zaczął stosować lakier w pielęgnacji włosów, rozpowszechnił kolorowe lakiery do paznokci oraz wymyślił krem do opalania. Lista innowacji Antoine’a zdaje się nie mieć końca, podobnie jak spis jego klientek. Na zamieszczonej w książce liście osobiści, które powierzyły swoje fryzury Polakowi znajdziemy m.in. Bette Davis, Brigitte Bardot, Edith Piaf, Eleanor Rosecelt, Ginger Rogers, Glorię Swanson, Gretę Garbo, Josephine Baker, a nawet koronowane głowy Belgii, Hiszpanii czy Egiptu. Z czasem ze zwykłego fryzjera, Antioine przerodził się w markę.

 

Ale biografia króla fryzjerstwa to nie tylko czesanie, ale i sam ekscentryczny bohater. Szklana trumna zamiast łóżka, własne samoloty, wystawne przyjęcia i dziwaczne stroje. Co więcej, autorka daje nam wgląd w międzywojenne środowisko mniejszości homoseksualnych. Choć Cierplikowski był żonaty, to jednak uczuciami darzył mężczyzn, sprowadzając swoją małżonkę do roli managera. Autorka poświęca dużo miejsca na opisanie wybryków fryzjera i jego znajomych, tworząc obraz prawdziwie szalonego okresu międzywojennego, a i czasu wojny, bo jak się okaże, Antoine w czasie gdy na jego ojczyznę spadał deszcz bomb, bawił się wyjątkowo dobrze za oceanem.

 

 

„Król fryzjerów, fryzjer królów” to również próba odpowiedzenia na pytanie, dlaczego wraz z nastaniem lat sześćdziesiątych gwiazda Cierplikowskiego zgasła i, co ważniejsze, co sprawiło, że po śmierci praktycznie zniknął ze świadomości zarówno Polaków, jak i Francuzów. Przed wojną był on obecny nie tylko na łamach prasy, jego imię pojawiało się w wierszach, tekstach piosenek, na deskach teatru. W wielu miastach na całym świecie znajdowały się filie jego paryskiego salonu, w wielu filmach wyprodukowanych w Hollywood możemy podziwiać uczesania jego autorstwa. Choć łatwo można wytłumaczyć zmianę trendów w modzie, to jednak odejście w zapomnienie w kraju, który tak lubi chwalić się Chopinem czy Skłodowską-Curie jest wciąż niezrozumiałe. Podobnie jak to, że jego rodzinne miasto, w którym w ostatnich latach życia osiadł, nie potrafiło oddać mu należytego szacunku.

 

Marta Orzeszyna stworzyła książkę, która zadziwia czytelnika niemal na każdej stronie. Przytoczone przez nią informacje zdają się być nieprawdopodobne, dlatego jakby dla poparcia rewelacyjnych doniesień, całość wzbogaciła o dość pokaźny zbiór artykułów (w tym również i tych pochodzących z prasy polskiej) oraz wspomnień osób, które były z Cierplikowskim związane. Cała książka jest również bogato ilustrowana fotografiami mistrza, dziwi za to brak podobizny Antoine’a na okładce. Trochę nie rozumiem tego zabiegu marketingowego. Owszem, symboliczne obcięcie włosów i wątek narodzenia nowego wizerunku kobiety zajmuje dużo miejsca w tej książce, jednak całość dotyczy Antoine’a i to on, a nie efekt jego pracy, powinien spoglądać na czytelnika za okładki.

 

Czy biografia sieradzkiego fryzjera przywróci go na zasłużone miejsce w panteonie wybitnych Polaków? Powinna, aczkolwiek powoli tracę nadzieję na to, że po tylu latach zapomnienia można to naprawić. Najlepszym przykładem na to niech będzie Sieradz, w którym nowy prezydent zamierza zamienić wspomniany już Open Hair w forum gospodarcze (a najchętniej w ogóle by się go pozbył), a główną atrakcją wzgórza zamkowego, na którym Antoine chciał kiedyś stworzyć nawiązującą do tradycji szkołę „Gniazdo Orłów”, są obecnie bunkry.

Nowości - maj 2015

 

 

Zapraszam do subiektywnego przeglądu nowości majowych.

 

 

dalej »